Śnieżka » Śnieżnik pieszo, czyli jak wycisnąć najwięcej z pięknego jesiennego weekendu

W skali szaleństwa ten pomysł ma u mnie mocną 8-mkę. Dwa punkty odejmuję tylko za to, że nikt nie wrócił trwale uszkodzony i za to, że pogoda nam bardzo dopisała. Za to zwrotów akcji i kryzysów w trakcie marszu nie brakowało 🙂

Fatalne przejęzyczenie – tak można w skrócie opisać genezę tego pomysłu. Pewnego dnia biurowy towarzysz mówił o Śnieżce mając na myśli Śnieżnik lub odwrotnie – nieistotne. Niemniej dyskusja zeszła na fakt, że to ciekawe, że są tak bliźniaczo nazwane góry o podobnej wysokości, ale w różnych pasmach górskich. Czy są blisko siebie? To już pojęcie bardzo względne 🙂

Szybka analiza mapy pokazuja, że trasa między tymi punktami – choć mocno górzysta – to obfituje w ciekawe punkty po drodze: Adršpach, Teplice, Broumowskie Ściany, Błędne Skały, Szczeliniec Wielki i dalej Bystrzyca Kłodzka i Międzygórze. Na rower to trochę za krótko i ciężko zwiedzać leśne szlaki, ale może da się ten odcinek przejść?

Plan przemarszu z uwzględnionymi punktami, które chcieliśmy odwiedzić

Przeciętny “Tropiciel” to około 40km w 10h, więc z prostej matematyki ~150km powinno nam zająć jakieś 38h nie uwzględniając snu. Wygląda na to, że dałoby się to przejść w jeden weekend, więc finalnie tak brzmi wyzwanie – przejść pieszo z Karpacza przez Śnieżkę aż do Śnieżnika w ciągu jednego weekendu – maksymalnie 48h. Nie uwzględniliśmy faktu, że “przeciętny Tropiciel” odbywa się na płaskim terenie a sami porwaliśmy się na 4450m przewyższeń po górach…

Co to znaczy 4450m przewyższeń poczuć można dopiero na trasie

Początkowo jest nas 3 śmiałków, wybieramy pasujący termin na około miesiąc do przodu – wypada na ostatni weekend października. Z pogodą może być różnie, ale na szczęście ta przygoda nie wymaga żadnych rezerwacji więc w ostateczności wystarczy nie wyjść z domu. Finalnie z 3 osób zostajemy tylko my z Pawłem – do trzeciego chętnego dociera jaka jest skala wyzwania. Na szczęście nas dwóch szaleńców odwlec od pomysłu może już tylko fatalna pogoda, a ta wyjątkowo nam dopisała 🙂

Większość ekwipunku. Z wodą na plecach łącznie około 7kg bagażu

Każda przygoda zaczyna się od… wyjścia z biura!

O 14 wychodzimy z pracy, docieramy do wrocławskiego Dworca Autobusowego skąd mamy autobus do Jeleniej Góry. W trakcie jazdy próbuję wykorzystać czas na drzemkę, ale wciąż nie potrafię spać w środkach transportu – to przekleństwo mści się na mnie regularnie.

Szybka przesiadka w JG i około 18:00 lądujemy na Orlenie w Karpaczu. Kawa, ostatnie zakupy i w drogę. Ruszamy szybkim tempem, ale kto się spodziewał innego rozpoczęcia, ledwo zdążyłem dopić kawę nim dotarliśmy na początek czarnego szlaku. Zgodnie z planem przed 19:00 ruszamy na szlak, już się ściemnia, ostatni zbłąkani turyści właśnie opuszczają teren Karkonowskiego Parku Narodowego. Szybkie tempo powoduje, że jest nam ciepło, ekspresowo docieramy do Domu Śląskiego, gdzie niechcący zaliczam….

… bonusowe pół kilo złomu do targania

Są takie momenty, kiedy mój generalnie inżynieryjny mózg zawodzi. Czasem nawet spektakularnie i to był jeden z takich momentów. Dom Śląski, schronisko u stóp Śnieżki, początek marszu, więc oczekiwać można było jeszcze pełnego skupienia i trzeźwości umysłu. Toaleta za automatycznymi, stalowymi kratami, wielki napis – WC 3zł. W portfelu tylko banknoty, ale jest ratunek! Dwie rozmieniarki pieniędzy, jedna na 2zł, druga na 1zł. W portfelu mam z mniejszych banknotów tylko 10zł i 50zł. Zakładam nie wiem czemu, że rozmieniarka wyda mi parę monet i resztę banknotów, więc wkładam 50zł do automatu rozmieniającego na 2-ki. Wysypuje się góra monet dwuzłotowych – automat robi tylko to co obiecuje. Podchodzę do krat toalety – “automat nie wydaje reszty”, z dwuzłotówek nijak nie wyczaruję 3zł, więc idę wrzucić do drugiego automatu 10zł – znów wysypuje się górka monet. Przesypuję je do woreczka, bo nie mieszczą się w portfelu, idę za potrzebą i po wrzuceniu dwóch złotówek światło świeci się na zielono – automat wpuścił mnie za 2zł… Pomijając już błędną informację na tabliczce to do teraz nie wiem, czemu nie wrzuciłem po prostu dychy do automatu złotówkowego rozwiązując problem dużo szybciej. No cóż, przy moim podejściu do bilonu mam zapas monet na myjnię samoobsługową na najbliższy kwartał 🙂

Mglista Królowa Sudetów

Na dworze zaczyna się wichura i mgła. Budzimy przez to pewne zainteresowanie wychodząc po króciutkiej chwili z Domu Śląskiego. Nie zrażamy się ani trochę, wybieramy krótkie ale strome podejście czarnym szlakiem. Sam jestem zaskoczony jak szybko jesteśmy na szczycie – całe wejście z krótką przerwą w schronisku zajmuje nam 1h 50min – tempo absolutnie szalone 🙂 Na szczycie widoków nie ma ani trochę, tylko mlecznie rozmyte okna schroniska. Większym problemem okazuje się znalezienie w takich warunkach szlaku prowadzącego do Czech, gdyż ani ja ani Paweł nigdy nim nie wracaliśmy. Na szczęście już po chwili widzimy szerokie, kamienne schody (wciąż w budowie) – jednak Czesi lubią szlaki z rozmachem! Zejście nie jest proste – schody, mimo iż płaskie i szerokie to jednak zupełnie niedopasowane do naszego tempa.

Ciężko było o jakiekolwiek zdjęcie ze szczytu 🙂

Idziemy dalej, na szczęście kawałek dalej mgły i wiatr odpuszczają – idzie się znacznie przyjemniej, kilometry znikają za nami w bardzo obiecującym tempie. Kiedy idzie za dobrze zawsze musi się coś zepsuć, po chwili trasa prowadzi nas już w lasy, gdzie po mgłach zostało mnóstwo wilgoci. Trailowe buty niestety szybko przemakają – bardzo często musimy zmieniać skarpety aby uniknąć otarć i pęcherzy na stopach. Ratujemy się talkiem sportowym, który pochłania wilgoć, ale kiedy but już nasiąknie to nawet zmiana skarpet nie załatwia całego problemu. Dodatkowo robi się zimno, więc nie ma już szans na wysuszenie butów w krótkim czasie. Kiedy już wydaje się, że więcej wilgoci nie będzie, znów zaskakuje nas łąka na której gubimy szlak i krążymy po wysokich trawach. Idziemy niemal wzdłuż granicy Polsko-Czeskiej, jest ślisko, mokro i coraz zimniej. Konieczność skupienia się na marszu jakoś mnie pobudza, ale kiedy tylko wychodzimy na dłuższą chwilę na asfaltową drogę w okolicy Adršpachu zamieniam się w zombie. Jest około 3 w nocy a ja pierwszy raz przeżyłem zasypianie w trakcie marszu, autentycznie odcinało mnie na parę sekund, aż dziw, że się nie przewróciłem. Idziemy w milczeniu, jak na autopilocie, byle tylko iść – znów pojawiły się mgły, zrobiło się przenikliwie zimno, w butach wciąż mokro, szybko kończy się energia. Przez błąd nawigacyjny tylko zahaczamy o Skalne Mesto w Teplicach, ale jesteśmy tam i tak koło 5, więc i tak nie byłoby nic widać. Na szczęście odzyskuję wtedy trochę energii, ogrzewam się i generalnie “wracam do żywych”. Duże nadzieje wiążemy ze wschodem słońca licząc, że zapowiadany słoneczny dzień pozwoli nam wyschnąć i poprawić lekko sponiewierane morale.

Wschód słońca witamy w szczerym polu. Powoli unoszące się mgły rozpływają się po okolicy. Zauważamy, że Czesi mają ewidentną słabość do elektrycznych pastuchów na polach – parokrotnie musimy mokrym butem ostrożnie odginać druty poprowadzone w poprzek szlaku. Absolutnym hitem tamtej okolicy był stromy, śliski, zasypany mokrymi liśćmi fragment szlaku z pastuchem poprowadzonym niczym poręcz. “Tylko się nie złap, tylko się nie złap” – musiałem skupić całą swoją uwagę, aby w razie poślizgu odruchowo nie chwycić za druty i zapewnić sobie znacznie więcej atrakcji niż tylko obity tyłek 🙂

Zaczęły się pojawiać pierwsze promienie słońca, optymizm wrócił do mej głowy, już miałem pochwalić się Pawłowi, że chyba prawie podeschły mi buty – niemal dokładnie w tym momencie zanurzyłem całą stopę w głębokiej kałuży schowanej pod stertą liści. Zakląłem soczyście. Nie miałem już więcej skarpet na zmianę, a tym razem woda wlała się już bez ogródek do całego buta i solidnie zmoczyła drugi podczas próby szybkiego wyskoczenia z wody. Ostrzegłem Pawła przed pułapką, sam zacząłem zastanawiać się co zrobić – co innego po prostu wilgotna stopa (regularne uprawianie długodystansowych sportów podnosi odporność stóp na pęcherze) a co innego autentyczna powódź w bucie. Popełniłem w tym miejscu poważny błąd – nawigacja prorokowała jeszcze spory kawałek marszu przez las więc postanowiłem dopiero później spróbować osuszyć but i zmienić skarpety na któreś z poprzednio zmoczonych. Niestety do tego czasu pęcherze na mokrych stopach były już nie do uniknięcia…

Broumowskie Ściany – chciałem już z nich wyjść, ale wciąż chcę tam wrócić

Za Teplicami rozpoczyna się kolejna formacja skalna w tym rejonie Czech – Broumowskie Ściany. Trafiliśmy tam w idealnym momencie, nad unoszącą się mgłą pojawiło się słońce na bezchmurnym niebie fundując nam niesamowite pokazy gry świateł i cieni.

Nie zdziwiłbym się, gdyby w tym rejonie kręcili Tolkiena

Byłem tak zachwycony tym rejonem, że dałem się przekonać na wejście na wysoki punkt widokowy, choć już wtedy pierwsze problemy ze stopami dawały o sobie znać. Ze szczytu wyglądało, że skałki już się prawie kończą i lada moment wyjdziemy na równinę prowadzącą w polskie Błędne Skały, ale los okazał się dość przewrotny. Do tej pory mogłem się zastanawiać gdzie schowała się większość z tych 4450m przewyższeń – spora część z nich znajdowała się właśnie tam – nasz szlak ciągnął się jeszcze prawie 10km po skałach serwując nam prawdziwy rollercoaster wejść i zejść na śliskich, omszałych kamieniach schowanych pod stertami jesiennych liści. Widoki zapierały dech w piersiach i w duszy obiecywałem sobie, że jest to miejsce, które jeszcze zdecydowanie odwiedzę, jednocześnie marząc aby już się skończyło 🙂

Nabraliśmy tempa mimo dużych różnic wysokości zużywając dużo sił i energii. Dochodziła 11, nie było widoków na żaden sklep czy schronisko a my skupiliśmy się tylko na marszu. Za każdym razem gdy wydawało się, że czeka nas ostatnie podejście, za nim pojawiało się kolejne. W końcu skalne formacje skończyły się, zmieniło się otoczenie i zdawać by się mogło, że czeka nas już tylko zejście w stronę Szczelińca a tam upragnione schronisko i zaplanowany posiłek i chwila odpoczynku. Wciąż jednak przewyższeń było za mało więc po chwili szlak zaczął się ponownie wspinać. Koniec śliskich i niebezpiecznych skał poprawił mi humor, ale wtedy Paweł wpadł w kryzys, ewidentnie wcześniej narzucił tempo by szybko dotrzeć do schroniska i wizja kolejnych kilometrów pod górę odjęła mu sporo sił, zbladł, tempo w mgnieniu oka dramatycznie spadło. Zrobiliśmy chwilę przerwy, zjedliśmy coś słodkiego i trochę spokojniej ruszyliśmy dalej. Miałem nadzieję, że do 12 dotrzemy do schroniska i tam po pierwsze coś zjemy a po drugie odpoczniemy – ja będę mógł opatrzyć sobie bolące już mocno od pęcherzy stopy.

Przekraczamy granicę Polski, docieramy do miejscowości Pasterka. Jest już po 12, więc później niż zakładałem. Maszerując okazuje się, że minęliśmy schronisko a jedyna inna knajpa w mieście ma nieczynną kuchnię i nie serwuje nic prócz kawy i ciasta. Mocno rozczarowani ratujemy sytuacje kupując absurdalnie drogą wodę i Coca-colę na podniesienie poziomu cukru. Nie opłaca nam się wracać do schroniska, wygląda, że w Karłowie – kolejnej miejscowości – są jakieś małe knajpy. Postanawiamy tam iść bez odpoczynku. Dopiero tutaj odczuwam naprawdę w jak kiepskim stanie są moje stopy, ale trzymamy tempo. Na szczęście Karłów nas nie zawodzi – znajdujemy restauracyjkę z ławkami na dworze (to ważne po nocy spędzonej na szybkim marszu 😉 ), zamawiamy jedzenie, w międzyczasie ukradkiem opatrując sobie stopy i susząc obuwie. Makaron z kurczakiem, mimo, że mały daje trochę kopa energii, gorzej już jest z ruszeniem po chwili siedzenia – mięśnie się zastały. Zgodnie stwierdzamy, że aby zakończyć wyzwanie na drugi dzień nie możemy mieć więcej niż 40km do celu więc plan jest następujący – idziemy przez Polanicę-Zdrój, gdzie powinniśmy dotrzeć przed zamknięciem sklepów – będzie szansa kupić bandaże i plastry w aptece, może jakieś drobne zakupy a następnie celujemy na Bystrzycę Kłodzką gdzie poszukamy noclegu. Od miejsca posiłku do Bystrzycy mamy wciąż sporo ponad 30km. Czasu jest mało, postanawiamy fragmenty podbiec – raz, że wykorzystuje to inne mięśnie a dwa, że jest znacznie szybciej. Przed biegiem stopy obsypuję Dermatolem, jestem świadomy, że to bardzo średnie posunięcie ale w połączeniu z bandażem pozwala mi to koślawo bo koślawo ale jednak podbiegać na sprzyjających fragmentach szlaku. Trzymam mocne tempo, zależy mi, żeby możliwie dużo przejść tego dnia, bo wiem, że kolejny może być znacznie gorszy. Widząc w jakim stanie są moje stopy i jak spadło nam tempo powątpiewam czy uda się w ogóle ukończyć wyzwanie. Do Polanicy docieramy całkiem szybko, trzymamy tempo około 10 minut na kilometr co jest bardzo dobrym wynikiem jak na blisko setny kilometr marszu. Na miejscu ja zaliczam aptekę, Paweł mały sklep spożywczy i lecimy dalej. Nie utrudniamy sobie już tego ostatniego odcinka, postanawiamy iść najkrótszą drogą – asfaltem – wprost do Bystrzycy.

Ostatnie 18km, początek jest niezły, nabieram tempa, bardzo chcę dotrzeć do celu. Mimo bólu i zmęczenia staram się podbiegać, trzymać dobre tempo. Robi się ciemno, samochody często oślepiają mnie długimi światłami, muszę schodzić na pobocze aby nie ryzykować zahaczenia przez nie zawsze odpowiedzialnie mijających mnie kierowców. Czas dłuży mi się niemiłosiernie, wszystko zaczyna już wkurzać, ale prę do przodu. Zdaję sobie sprawę, że trochę odskoczyłem od Pawła, nie widzę już nawet w oddali jego latarki, jest 5km do celu więc postanawiam na niego poczekać aby upewnić się, że wszystko ok i damy radę ukończyć dzisiejszy plan. Siadam na przystanku, czekam kilka minut – widzę podbiegającego Pawła, jest dobrze, dogonił mnie szybciej niż myślałem. Wstaję, robię parę kroków…

Hard reset, czyli każdy ma swój limit

Robi mi się ciemno przed oczami, robię ledwo krok i siadam na ziemi. Spoko, jestem przeszkolony, miałem takie przypadki w młodości więc zestaw klasyczny – głowa między nogi, głęboki oddech, próbuję wyregulować bicie serca. Nie pomaga, druga myśl – pewnie krew spłynęła do nóg, wszak jestem od trzydziestu paru godzin non stop na nogach. Opieram nogi o przystanek, kładę się na siedzisku. Faktycznie czuję pewną ulgę, krew spływa i znów krąży. Nie chcę zwlekać, wstaję, próbuję rozpocząć marsz. Uchodzę parę kroków i desperacko łapię się pobliskiego murka, żeby nie upaść. Organizm uznał, że to koniec marszu, adrenalina puściła a ja zdałem sobie sprawę, że tego dnia poza drobnymi przekąskami i skromnym obiadem prawie nic nie jedliśmy. Próbuję zjeść baton energetyczny, organizm w takim stanie wszystko chce odrzucić, zmuszam się ale taki cukier potrzebuje co najmniej kilkunastu minut aby się rozpuścić. Paweł ratuje mnie węglowodanami w proszku, mam takie delirium, że nie jestem w stanie otworzyć plecaka i wsypać proszku do bidonu. Dygoczącymi rękami wsypuję proszek do wody, niezdarnie mieszam, kładę się w liściach na poboczu i popijam z bukłaka jak z kroplówki. Mija kilka minut, cukier dociera do organizmu i powoli czuję, że wracam do siebie. Nie chcę byśmy dłużej zwlekali, wstaję i zmuszam się do marszu. Nawet na takiej krótkiej przerwie mięśnie się zastają, ciężko jest znów nabrać tempa. Po takim szoku nie mogę się rozgrzać, momentalnie robi mi się przeraźliwie zimno. Zakładam na siebie wszystko co mogę i nabieram tempa, aby się zagrzać. Na szczęście już po kilkudziesięciu krokach moje ciało wraca pod moją kontrolę, została godzina marszu.

Po takim finiszu nawet tabliczka “Bystrzyca Kłodzka” wydawała się bardziej zielona niż zwykle, wchodzimy na początek miasta i zasiadamy na ławce z zamiarem wyszukania jakiegoś noclegu na miejscu – nie rezerwowaliśmy nic nie będąc pewni, że uda nam się tam dojść. Zanim zdążyłem odpalić Booking Paweł wskazał na obiekt za nami – Hotel Abis. No cóż, ważne, że blisko! Dzwonię. Są miejsca, cena znośna i to ze śniadaniem, doczłapujemy się zatem do recepcji. Świadomość, że dotarliśmy na miejsce i to już koniec na dziś znów wyłącza mi organizm, przy recepcji muszę usiąść nie mogąc utrzymać w ręce swojego dowodu osobistego podczas meldowania. Pan z recepcji jest w szoku słysząc skąd idziemy, od razu daje nam klucze do pokoju (niestety na piętrze!) zostawiając formalności na jutro. Paweł poświęca się i postanawia jeszcze wyskoczyć do pobliskiej biedronki, ja już nie mam siły na nic, biorę pokracznie prysznic, chowam wszystkie ciuchy szczelnie do szafy i kładę się do łóżka. Nie mam już nawet siły jeść, z rozsądku piję kupiony przez Pawła magnez w puszce i natychmiast zasypiam.

Wytrzymałość to cecha nabyta

Przed zaśnięciem szczerze zwątpiłem czy będę w stanie wstać następnego dnia. Stopy były w opłakanym stanie, organizmowi też nie ułatwiłem zadania nie dbając o posiłki a i prawie 120km marszu było moim życiowym rekordem, więc nie miałem pewności jak zniosły to moje mięśnie i kolana. Bonusowa godzina snu przez zmianę czasu oraz fakt, że śniadania w hotelu były wydawane dopiero od 8-mej okazały się zbawienne – dzięki temu nie zrywaliśmy się z samego rana tylko daliśmy sobie trochę spokoju. Samo śniadanie też było leniwe, musieliśmy dłuższą chwilę czekać na nasze dania, ale było warto – zdecydowanie możemy polecić to miejsce ze względu na świetną kawę i pyszne jajka na bekonie!

Planowaliśmy ruszyć zaraz po 8-mej, ale finalnie udało się dopiero około 9-tej. Na szczęście nasz “komitet powitalny” z Wrocławia z którym mieliśmy się spotkać na Śnieżniku też miał poimprezowe opóźnienie więc nie przejmowaliśmy się tym aż tak bardzo. Byłem zaskoczony tym jak dobrze się czułem po tej nocy, owszem – stopy nadal dawały w kość, ale mięśnie praktycznie nie dokuczały w ogóle. Jednak regularne stawianie sobie długodystansowych wyzwań daje spektakularne rezultaty jeśli chodzi o odporność na bardzo długi, intensywny wysiłek 🙂

Ponieważ dzień rozpoczął się nad wyraz obiecująco to mimo obaw o to czy wystarczy energii na kolejne ~35km marszu zgodziłem się na nieco dłuższą, ale dużo bardziej malowniczą drogę – uważam to za dobrą decyzję. Większość czasu szliśmy polami mając niemal na wprost pasmo górskie z nieźle widocznym Śnieżnikiem. Pogoda dopisywała, humory też, tempo było świetne, kilometry leciały wręcz niezauważone.

Tuż przed początkiem pasma górskiego popełniliśmy drobny nawigacyjny błąd i niechcący… zaliczyliśmy kolejny szczyt po drodze – Igliczną – robiąc dodatkowe kilkaset metrów przewyższenia. Mimo, że górka dała się lekko w kość to jednak urocza kapliczka i piękne widoki ze szczytu zrekompensowały tę lekką niedogodność. Poza tym szło nam aż za dobrze, trzeba było się jakoś utemperować 😉 Nim się obejrzałem zeszliśmy do Międzygórza, w sklepie zakupiliśmy zimne piwo z zamiarem wypicia go na szczycie Śnieżnika. Zostało nam już tylko 5km do schroniska, gdzie mieliśmy się spotkać z resztą ekipy.

Szlak z Międzygórza jest jednym z łatwiejszych, więc dla urozmaicenia Paweł pokazał mi skrót wiodący niemal wprost pod górę – jak szaleć to szaleć, jak się dobić to do końca! Strome podejście dało mi w kość ale nie ostudziło mojego zapału, wciąż parliśmy do przodu. Dziwnie było wyprzedzać niemal wszystkich ludzi na szlaku mając świadomość, że nawet uwzględniając tylko ten dzień mamy już za sobą ponad 20km marszu. Z pomiędzy drzew zaczęło wyłaniać się schronisko Na Śnieżniku, zdążyliśmy dosłownie usiąść na ławce gdy zauważyłem Izę i resztę ekipy siedzącą na łące ze świeżo odpakowanym posiłkiem. Zgraliśmy się idealnie! Nie pozwoliliśmy im jednak spokojnie dokończyć jedzenia namawiając na szybki atak na szczyt – wszak zostało nam tylko 1,5km! Aż szkoda tego od razu nie skończyć, na jedzenie przyjdzie czas później!

Narzuciliśmy srogie tempo grupie, ale wszyscy dzielnie znieśli atak na szczyt. Przekazaliśmy pozdrowienia od Pani Śnieżki dla Pana Śnieżnika, otworzyliśmy piwo zwycięstwa… które w ogóle mi nie smakowało 😀 To nie było to, czego mój organizm oczekiwał, więc bardziej smakowało mi zwykłe jabłko. Wiatr i chłód dość szybko przegonił nas ze szczytu, ale powrót był już znacznie spokojniejszy – cel został osiągnięty więc droga powrotna mogła być już przyjemnością i korzystaniem z uroków tej pięknej jesieni.

Podsumowanie

W ciągu 48h, od piątku 18:30 do niedzieli ok 15:00 zrobiliśmy łącznie ponad 150km. Czas przejścia od szczytu Śnieżki do Śnieżnika wyniósł 42h 30min uwzględniając dodatkową godzinę wynikającą ze zmiany czasu. Wg Stravy spaliliśmy w tym czasie 16 tys kalorii, choć mam wrażenie, że ta wartość jest lekko zaniżona 😉

Była to bez wątpienia dość szalona przygoda i pełna zwrotów akcji, choć finalnie okazała się nie aż tak trudna jak się w trakcie wydawała. Dziś, czyli dzień po powrocie dokuczają mi tylko resztki pęcherzy na stopach a tak to czuję się nadspodziewanie dobrze, Paweł to już totalne kuriozum – postanowił dziś po prostu przybiec do biura jakby w weekend totalnie nic się nie działo 🙂

Dla mnie ta wyprawa to idealny przykład jak niewiele trzeba aby ciekawie spędzić weekend – wystarczył lekko zabawny pomysł złapany z przypadkowej dyskusji, dwa wolne dni i dosłownie garść złotówek na bilet autobusowy i obiad w knajpie. Za to wspomnień, wrażeń i przeżyć więcej niż przy niejednej dużo droższej atrakcji. Oczywiście, że każdy musi dobierać wyzwania na miarę swoich możliwości – nasze przygody z Pawłem też zaczynały się od znacznie skromniejszych ale równie miło wspominanych wyzwań.

Dodatkowym plusem jest fakt, że poszerzyłem swoją listę miejsc do ponownego odwiedzenia o parę nowych gdzie mogę wrócić jak tylko znajdę choć jeden wolny dzień w moim wypełnionym pomysłami kalendarzu. Tym razem by się nimi spokojnie nacieszyć a nie tylko marzyć aby już je minąć 😉

Poniżej zapisy naszych śladów, niestety trackery robiły nam regularnie psikusa, więc trasa ma kilka “uproszczeń”.

Całkowity dystans: 116416 m
Najwyższy punkt: 1586 m
Wyskokość podjazdów: 3587 m
Całkowity dystans: 29999 m
Najwyższy punkt: 1417 m
Wyskokość podjazdów: 1398 m
Sprawdź kolejne wpisy!
Czytaj dalej

Trasa Transfogaraska Rowerem – czyli Rumunia dla aktywnych

Do momentu wyjazdu do Rumunii jako cele swoich wypraw i wyjazdów wybierałem raczej zachodnią część Europy. Po tym wyjeździe zrozumiałem jak wielki błąd popełniałem wybierając te popularne, teoretycznie “bezpieczne i pewne” kraje ponad Bałkany. Rejony, które wciąż nie zachłysnęły się turystyką i nie traktują każdego przyjezdnego jak worka z pieniędzmi, zajęte rozwojem cywilizacyjnym pozwalają wciąż w spokoju cieszyć się zwiedzaniem tego pięknego kraju i posmakować jego gościnności.
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Raj pieszych wędrówek – trekking po Rumuńskich Fogaraszach

To, że wrócę do Rumunii było pewne. Pewne jest też to, że wrócę i kolejny raz, bo wciąż przemaszerowałem tylko mały wycinek tego pięknego rejonu. Jeśli jesteście gotowi poświęcić nieco wygody w zamian otrzymacie moim zdaniem jedne z najlepszych gór na średniozaawansowany trekking.
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Triglavski Park Narodowy – piękno górskiej części Słowenii

Muszę przyznać, że na Triglavski Park Narodowy trafiłem zupełnie przypadkiem latając sobie bez większego celu po Google Maps. Niewiele myśląc sprzedałem pomysł mojemu koledze od wypraw rowerowych: “A może tym razem Triglav?”. Tyle wystarczyło, by pomysł zakiełkował.
Czytaj dalej