Raj pieszych wędrówek – trekking po Rumuńskich Fogaraszach

To, że wrócę do Rumunii było pewne. Pewne jest też to, że wrócę i kolejny raz, bo wciąż przemaszerowałem tylko mały wycinek tego pięknego rejonu. Jeśli jesteście gotowi poświęcić nieco wygody w zamian otrzymacie moim zdaniem jedne z najlepszych gór na średniozaawansowany trekking.

Nie dziwię się spotkanej na cudownym Camping Panoramio rodzince z Polski, która Rumunię odwiedzała już po raz 9-ty. Ten kraj ma do zaoferowania naprawdę sporo i wciąż mam poczucie, że zostało tam jeszcze wiele miejsc do odkrycia. Na miejscu jednak nie zaatakują Cię one kolorowymi bilboardami, nie będą z ulicy krzyczeć “tu jestem, zobacz, kup bilet, kup pamiątkę”. Dlaczego? Mieszkańcy tego kraju wciąż są zajęci wychodzeniem na prostą po okresie komunizmu (trwającym znacznie dłużej niż w Polsce). W miastach widać odważne inwestycje – często dofinansowane z UE – przebudowy dróg, nowe obiekty użyteczności publicznej, coraz więcej udogodnień dla mieszkańców i oczywiście coraz więcej biurowców. Natomiast na wsiach zaobserwować można pospieszne nadrabianie straconych lat – szalona elektryfikacja, doprowadzenie gazu, kanalizacji. Bardzo często mam wrażenie obserwowania Polski sprzed kilkunastu lat i życzę Rumunii tego samego rozwoju. W tej szalonej pogoni za cywilizacją, za zachodem jeszcze nie było czasu na rozwój turystyki na takim poziomie do jakiego możemy być przyzwyczajeni – szczególnie na północy kraju. Z jednej strony podróżowanie tam staje się przez to nieco bardziej wymagające a z drugiej nieco “odstrasza” tłumy i pozwala trochę lepiej obserwować uroki tego państwa.

Cinciș-Cerna – Piękne jezioro pełne tajemnic

Do Rumunii postanowiliśmy pojechać ponownie w sierpniu. Nastawialiśmy się głównie na góry, ale chcieliśmy też zahaczyć o jakieś większe miasto. Tak jak zwykle zaproponowałem nocną podróż, bardzo lubię jazdę w nocy – mały ruch, dobra muzyka, większość trasy pozostali mogą się wygodnie przespać. Po około 15 godzinach podróży dotarliśmy w okolice Huendoary. Nie miałem wybranego noclegu, więc na miejscu szukałem czegoś w okolicy na mapie. Trafiłem na pobliskie jezioro. Przy brzegu było oznaczonych kilka kempingów, miały niezłe oceny więc nie zwlekając postanowiliśmy zaryzykować.

Urokliwe jeziorko… z dziesiątkami ruin dookoła

Jezioro Cinciș-Cerna okazało się malowniczo położonym zbiornikiem pomiędzy niewielkimi wzgórzami z dość intrygującą historią. Niegdyś była to dolina pasterzy z małą wioską o tej samej nazwie, ale ze względu na zapotrzebowanie na wodę dla huty w Huendoarze ówczesne komunistyczne władze postanowiły utworzyć zalew dając ledwie kilka tygodni na ewakuację ponad 500 mieszkańców i licznych stad. Wkrótce cała wioska znalazła się pod wodą. Do dziś, kiedy poziom wody jest niski lokalną atrakcją jest wystająca z wody wieża dawnego kościoła. Przez długi czas rejon był owiany złą sławą, ale po zmianie ustroju wydawało się, że jezioro będzie prawdziwą atrakcją regionu – w miarę czysta woda, łagodne brzegi i piękne pagórki w pobliżu. Region kilkanaście lat temu przeżył prawdziwy najazd inwestorów, głównie lokalnych. Wokół całego jeziora rozlokowanych jest kilkanaście… ruin powstających hoteli – problem w tym, że hotele nigdy nie zostały dokończone. Nawet z dzisiejszego punktu widzenia jest zaskakujące, że nikt tego nie chce dokończyć rozpoczętych inwestycji a nowoczesne jak na tamte czasy obiekty zamieniają się w rozpadające straszydła.

Ponieważ jesteśmy zmęczeni po podróży decydujemy się na nocleg nie na dziko, tylko na kempingu. Wybór pada na Camping Ledo. Warunki sanitarne są bardzo słabe, ale jest niedrogo, ze sporą plażą a miejsce pod namioty jest równe i zadbane. Niestety wieczorem jest głośno, koło nas jednocześnie odbywają się przynajmniej trzy imprezy – ot Romowie się bawią nad jeziorem przy ogniskach niemal jak my przy grillu. Póki mamy siły postanawiamy na chwilę uciec z gwarnego pola i wybrać się na krótką wycieczkę do zamku Hunedoara. Obiekt o tej porze jest już zamknięty, ale opinie w internecie przekonują nas, że wiele nie tracimy – ponoć warty obejrzenia jest tylko z zewnątrz 🙂

Na szczęście po powrocie na polu było już cicho i mogliśmy spokojnie się wyspać. Rano zdążyliśmy bez pośpiechu wykorzystać uroki jeziora, popływać, zjeść śniadanie i ruszyć w drogę. Po drodze spędziliśmy chwilę w Sybinie jednak ja myślami byłem już w górach i czekałem kiedy w końcu tam dojedziemy 🙂

Góry Fogaraskie

Na mapie Rumunii tamtejsze karpaty przecinają kraj bruzdą o długości ponad 70km. Dla porównania nasze Tatry to około 57km pasma, więc wydawałoby się, że różnica nie jest duża. Szczegół w tym, że blisko 45km z całego grzbietu Fogaraszy nie schodzi poniżej 2000m n.p.m. co czyni to miejsce jednym z najdłuższych nieprzerwanych wysokich pasm górskich. Oczywiście nie trzeba wyłącznie spacerować najwyższymi graniami – układ i dostępność gór powoduje, że dosłownie każdy – od amatora po zaawansowanego piechura – znajdzie tam coś dla siebie. Niezmiennie wrażenie na mnie robi dojazd do słynnej trasy przecinającej góry od strony Sybinu – na ogromnej równinie góry są widoczne z olbrzymiej odległości i w miarę zbliżania się do nich człowiek nabiera świadomości jakie to wysokie i potężne pasmo górskie.

Podjazd na przełęcz od północy (od strony Sybina) jest nieco krótszy – ma około 30km, ale za to bardziej stromy. Z drugiej strony czeka nas 45km podjazdu. Jadąc samochodem nie ma to aż tak dużego znaczenia, choć osobiście jestem zdania, że “estetyczniej” jedzie się właśnie z północy na południe. Najpierw na bezleśnej równinie widzimy ogrom pasma górskiego, później wjeżdzając w las zaczynamy krążyć i nawet nie wiadomo kiedy nabieramy wysokości. Powyżej 1200m zaczynają się pierwsze widowiskowe zakręty, na końcu pozostaje pokonać nasłynniejszą serpentynę trasy tuż przed szczytem – w tym miejscu nagrywano fragmenty m.in. odcinka Top Gear, czy filmu Ghost Rider.

Pokonanie trasy w przeciwnym kierunku bez wątpienia sprawi, że przekraczając tunel na szczycie będziemy zachwyceni widokiem doliny, ale pozostałe elementy trasy nie będą już robić takiego wrażenia – ot znajdziemy się od początku w najbardziej widowiskowym miejscu więc stopniowanie wrażeń nie zadziała już tak dobrze 🙂

Wyruszając na trasę Transfagaraską w godzinach innych niż wczesny poranek i późny wieczór trzeba liczyć się z dużym ruchem. Dokładając do tego szalone zakręty, duże nachylenie które niejednokrotnie jest wyzwaniem dla słabszych aut oraz sporadycznych odważnych pieszych/rowerzystów może się okazać, że na te 30km podjazdu trzeba przeznaczyć sporo ponad dwie godziny. Szczególnie, jeśli zechcemy się po drodze zatrzymać na jednym z licznych punktów widokowych – tych jest naprawdę sporo.

Najbardziej znany dziki kemping

Na trasę Transfagaraską dojeżdżamy już pod wieczór, kończy się właśnie zachód słońca. Po drodze zatrzymujemy się w kilku punktach widokowych – m.in. aby podejść na jeden z pobliskich trasie przełomów wodnych – Wodospad Bâlea. Droga do wodospadu jest dość łatwa do przejścia, dopiero końcowy fragment to wąska ścieżka, na której ciężko się minąć. Da się podejść niemal pod sam dół mierzącej blisko 60m malowniczej kaskady.

Kawałek dalej, dosłownie kilka kilometrów przed szczytem znajduje się jedno z najbardziej znanych miejsc do dzikiego noclegu w Rumunii – kawałek równej ziemi z widokiem na całą trasę Transfagaraską. Miejsce jest rewelacyjne – da się wjechać autem, jest równo, osłonięte od wiatru, z pięknym widokiem i dostępem do czystych górskich strumieni. Nic dziwnego, że niemal co wieczór przyciąga ono sporo kamperów oraz fanów noclegu w namiocie. Już o zmroku rozbijamy namioty i mamy chwilę aby podziwiać ostatnie promienie zachodzącego słońca. Trzeba się wyspać, jutro zaczynamy wędrówkę!

Krupówki po rumuńsku – czyli zatłoczone okolice Balea Lac

Szczyt trasy to bardzo znana atrakcja przyciągająca tłumy turystów. Na szczycie znajduje się schronisko, hotel z restauracją, dwa płatne parkingi i kilkadziesiąt budek z jedzeniem, pamiątkami czy artykułami spożywczymi. W ciągu dnia panuje olbrzymi ścisk, ze względu na mało miejsca i brak chodników manewrujące auta przeciskają się między ludźmi. Większość turystów parkuje na chwilę, wchodzi kilkadziesiąt metrów na wystający wyłom skalny z którego można zrobić fotkę i wraca na dół – z tego powodu ciągły ruch i wymiana przyjeżdzających/wyjeżdzających aut strasznie przeszkadza.

Tu rozpoczynamy przygodę

Szczyt trasy Transfagaraskiej jest jednym z najczęstszych punktów startowych na wypad w góry. Przemawia za tym kilka argumentów:

Po pierwsze – szczyt trasy znajduje się już powyżej 2000m n.p.m. więc na start odpada nam sporo podejścia. Góry szybko się mszczą, bo dolin i przełęczy jest tam tak dużo, że mimo startu z takiej wysokości wymęczą one nawet wprawnych wędrowców.

Drugi powód to dostępność parkingów, po prostu z Transalpiny albo właśnie Transfagaraskiej dzielić nas będzie najmniejsza odległość od najpopularniejszych w tym rejonie szlaków pieszych. Zostawiając auto na dole mamy zwykle dodatkowo 20-30km marszu, można oczywiście próbować podjechać pod inne rejony gór, ale trzeba pamiętać, że w Rumunii ciężko o szlaki turystyczne i przebijanie się przez las może być trudne. Będąc tam z samego rana można zaparkować na jednym z kilkudziesięciu miejsc wzdłuż drogi dojazdowej, które są bezpłatne, ale narażone na wzmożony ruch (tuż przy drodze) albo za kilkanaście lei (około 15zł) skorzystać z płatnego parkingu.

Trzeci powód to infrastruktura – w tym miejscu nie mieliśmy kłopotu, żeby po nocy na dzikim kempingu pójść do restauracji na śniadanie, skorzystać z toalet, wody, zrobić ostatnie drobne zakupy i pełni energii wyruszyć na trasę.

Złe dobrego początki

Miałem obawy czy moje wspomnienia sprzed dwóch lat nie zostaną “zepsute”. Rano było już bardzo tłoczno, kiedy ruszaliśmy w góry przeciskaliśmy się pośród dziesiątek osób. Czyżby miało być już tak jak w Zakopanym? Na szczęście nie – nadal słynne wypiętrzenie w połowie drogi do pierwszej przełęczy jest celem większości turystów, dalej wybiera się już tylko niewielka garstka. Rumuńska niedbałość o turystów daje się bardzo szybko we znaki, już na pierwszym podejściu gubimy szlak i zaczynamy podchodzić od znacznie bardziej stromej strony pełnej osuniętej, śliskiej ziemi. Jest rano, więc wszystko jest wciąż mokre od rosy. Widzę lekko przerażoną minę towarzyszy, chyba nie spodziewali się takich niespodzianek już na starcie. Wraz z dotarciem na szczyt pierwszej przełęczy wita nas piękne słońce i spokój – tutaj jest już tylko parę osób.

Kilkaset metrów podejścia skutecznie sortuje turystów na tych niedzielnych i bardziej wytrwałych

Chwila oddechu i możemy ruszać dalej. Zaraz za przełęczą znajduje się piękne, błękitne jeziorko. To kolejne miejsce gdzie sporo osób postanawia się rozbić – jest znacznie spokojniej niż przy drodze, ale trzeba już wnieść ze sobą ekwipunek. Tutaj czeka nas też pierwsza atrakcja – jeden ze żlebów góry jest wciąż w pełni przykryty śniegiem. Słońce szybko przygrzewa więc można się lekko schłodzić, rzucić parę razy nieco zlodowaciałymi śnieżkami i ruszamy dalej.

Szlak w tym miejscu jest dobrze widoczny, wiedzie momentami wąziutką ścieżynką po stromym zboczu – wielokrotnie trzeba było się “trzymać bazy” czyli opierać ręką o zbocze aby nie stracić równowagi. Mimo paru trudniejszych podejść idzie się bardzo przyjemnie, na drodze można spotkać strumienie gdzie uzupełniamy wodę. W oddali widzimy szpiczastą grań. Z daleka wygląda na trudną do pokonania, na szczęście na miejscu okazuje się, że są na niej pewne sztuczne ułatwienia. W opłakanym stanie – ale są 🙂

Zachwycamy się widokami, delikatne chmury malują cudowne cienie na zielonych zboczach. Ścieżka wije się między górami co chwila odsłaniając niesamowite widoki. Maszerujemy niespiesznie delektując się otoczeniem i brakiem ludzi. Bardzo odpowiada mi klimat tych gór – są zielone, sprawiają wrażenie przyjaznych. Mimo niewielu szlaków jest jakieś poczucie, że da się dojść w dowolny punkt w zasięgu wzroku. Nie ma tu tej surowości i niedostępności którą czułem chociażby w Albanii – tam góry wyraźnie mówią – nie wejdziesz. Tutaj przeciwnie – czułem się jakby zapraszały mnie w każdy kąt.

W drugiej części dnia czekały nas większe wyzwania. Kilka przełęczy było naprawdę stromych i wymagało czasu aby przejść je z pełnym ekwipunkiem na plecach. Po drodze mieliśmy jeden ciekawszy szczyt do zaliczenia – Vârful Mare, z którego szczytu widać było małe jeziorko i jakieś ruiny przy brzegu. Nawigacja pokazywała 6km do wybranego celu – schroniska Podragu przy małym, polodowcowym jeziorku. Optymistycznie założyłem, że to już cel naszej wycieczki czym znacząco podniosłem morale w lekko zmęczonej już ekipie. Zejście ze szczytu okazało się dość trudne, szlak był absolutnie niewidoczny i szliśmy bardzo “na czuja”. Chodzenie w ten sposób po stromych zboczach ma ten minus, że można łatwo trafić na zbyt stromy kawałek – trzeba było się cofać i szukać innego przejścia. Jednak kiedy widzi się cały czas cel wędrówki to idzie się jakoś raźniej. Kiedy zeszliśmy ze zbocza i zaczęliśmy dochodzić do małego jeziorka zaczęło mi coś nie grać. Wiedziałem, że schroniska w Rumunii nie są takie jak w Polsce, ale to co tam zastaliśmy to była jakaś kupa gruzu i złomu, żadnego zadaszenia, malutkie jeziorko i kamieniste podłoże – kiepskie miejsce na obóz. Sprawdziłem nawigację: “Do celu: 3,5km”. Ponad półtorej godziny zajęło nam zejście 2,5km. Pocieszające dla mnie było to, że wyobrażałem sobie to miejsce jako znacznie ładniejsze, mniej pocieszające, że Iza miała już bardzo zmęczone stopy i wizja jeszcze jednego przejścia niemałej przełęczy trochę przybiła naszą ekipę. Szybkie uzupełnienie cukru i nie zwlekając ruszyliśmy dalej, gdyż do zachodu zostało nam trochę ponad 2 godziny.

Mimo słabego tempa przeszliśmy ostatnią przełęcz, z góry zobaczyliśmy właściwy cel naszej podróży: dwa jeziorka i murowany dom na skarpie – schronisko Podragu – jedno z najbardziej zaopatrzonych schronisk w tych górach. Przy pierwszym z jeziorek rozbiła się jakaś niemiecka ekipa, mieli niezłe miejsce – trawa była miękka i równa jak w idealnie zadbanym ogródku. Gdy zbliżaliśmy się do schroniska dołączyły do nas wielkie psy pasterskie, które szły zainteresowane razem z nami. W schronisku urzędowała bardzo energiczna starsza pani. Okazało się, że do kupienia na miejscu jest wyłącznie warzywna zupa i coca-cola. Schronisko oferowało też umywalkę z zimną wodą ze strumienia i bardzo skromną toaletę “na kucki”. Po całym dniu marszu zupa wydawana w metalowych miskach niczym z baru Miś smakowała pysznie, choć przypuszczam, że większa w tym zasługa zmęczenia niż kunsztu kulinarnego wspomnianej pani 🙂 Dziewczyny zostały w schronisku wykorzystać nieco wygodniejszą formę umycia się przy kranie niż w strumieniu a my z Maćkiem wyruszyliśmy na poszukiwanie miejsca pod obóz. Początkowo marzyło mi się miejsce na niewielkiej górce przy jeziorze, ale zapowiadało się na wietrzną noc, więc zdecydowaliśmy się na nieco mniej malownicze miejsce, ale za to osłonięte od wiatru i bliżej wody. Zupa była bardzo skromna więc chwilę później odpaliliśmy kuchenkę aby ugotować herbatę i jedzenie. Wieczór spędziliśmy podziwiając ostatnie promienie słońca rysujące cienie na zboczach gór.

Mieliśmy ambitny zamiar wstać na wschód słońca, wspiąć się na pobliską górkę i podziwiać go stamtąd. Plan z założenia całkiem niezły i bardzo w moim stylu. Wykonanie też zaczęło się nieźle – wszyscy wstali, lekko przemarznięci ale pełni chęci. Podeszliśmy pod zbocze na które zacząłem się wspinać. Nie było ani ścieżki, ani szlaku – ot azymut na przyjaźnie wyglądającą grań w okolicy. Niestety wybór okazał się nietrafiony – górę porastały gęste trawy które wraz ze wzrostem nachylenia nie pozwalały się wspinać. Mimo ogromnych chęci musiałem podjąć decyzję o odwrocie aby nie ryzykować, że ktoś z nas się poślizgnie i spadnie. Mimo wszystko byliśmy na tyle wysoko, że wlewające się do doliny słońce robiło wrażenie. Na szczęście na ten poranek miałem jeszcze jeden nieco szalony pomysł 🙂

Hart ciała i ducha – polodowcowe jeziorka

Plan, aby popływać w jeziorku na wysokości 2140m n.p.m. chodził za mną od początku wyjazdu. Gdy dotarliśmy na miejsce zerwał się wiatr a słońce już zachodziło więc nie zdecydowałem się od razu na kąpiel. Po zimnej nocy rano i niefortunnej wspinaczce byłem wciąż solidnie zmarznięty więc było mi już wszystko jedno. Wstawiłem herbatę, żeby mieć czym ogrzać się po wyjściu z wody i postanowiłem zejść na brzeg. Maciek postanowił również spróbować co to znaczy kąpiel w lodowatej wodzie w mroźny poranek – dziewczyny dzielnie kibicowały opatulone w grube kurtki kiedy my rozebrawszy się zaczęliśmy wchodzić do krystalicznie czystej wody. Pierwszy szok dla organizmu, duża dawka adrenaliny, woda absolutnie lodowata więc tylko krążyłem przy brzegu. Dawno nie widziałem tak przezroczystej tafli, było niezwykle ciężko ocenić głębokość gdyż rozmyte światło poranka równo oświetlało dno. 2x2minuty w lodowatej wodzie to wystarczająco jak dla amatora morsowania, Maciek nie zdecydował się już na drugie podejście – mimo, że zwykle z drugim jest nieco łatwiej to i tak szacunek za odwagę! Za drugim razem pozwoliłem sobie popłynąć kawałek dalej, wrażenie pływania w przestrzeni było niesamowite.

Nie licz na schroniska, licz na siebie!

Dla mnie to nie problem, ale dla osób przyzwyczajonych do wygód zastanych choćby w polskich Karkonoszach czy Tatrach może to być pewne zaskoczenie – schronisko w Rumunii częściej jest raczej schronem niż obiektem w naszym rozumieniu. Najczęściej to kilka betonowych ścian z dachem i opcjonalnie miejscem na ogień. Ma to swój urok, bo momentami miałem dość niektórych schronisk zamienionych niemal w hotele górskie z głośną muzyką, wywoływaniem do zamówień jak w tanim nadmorskim barze. Ale ma też minus: nie zrobisz po drodze zakupów, masz małą szansę zjeść na miejscu posiłek więc dużo więcej trzeba planować z wyprzedzeniem. Na szczęście w tamtym rejonie nie ma problemów z dostępnością wody, więc głównymi zapasami musi być jedzenie. To nam trochę pokrzyżowało plany, gdyż okazało się, że potrzebujemy jeszcze jeden dzień aby przy naszym aktualnym tempie marszu wejść na najwyższy szczyt Fogaraszy – Moldoveanu. Rano szacując zapasy jedzenia uznaliśmy, że nie możemy ryzykować, że skończą nam się zapasy, więc nieco ze smutkiem (przynajmniej moim :P) wybraliśmy inny szlak, który powoli kierował nas z powrotem w okolice Balea Lac gdzie zostawiliśmy samochód.

Zjedliśmy na spokojnie śniadanie, zwinęliśmy obóz i rozpoczęliśmy marsz gdy tylko słońce pozwoliło się trochę ogrzać. Szlak szybko poprowadził nas doliną, która wydawała się nie mieć wyjścia – okazało się, że strome zbocze przed nami to właśnie to na które musimy wejść. Mimo, że kilometrów do pokonania nie mieliśmy sporo – ledwo 18 – to jednak zmiany wysokości robiły swoje. Z drugiej strony to nie była wyprawa z kategorii “na wyścigi” więc nie żałowaliśmy sobie czasu na zdjęcia, przerwy czy po prostu podziwianie widoków.

Doskwierał nam mocno brak rękawic – skały przy wspinaniu często były bardzo ostre i raniły palce. Na zakończenie marszu miałem już pełno drobnych, ale uciążliwych otarć i skaleczeń od chwytania się podczas wspinaczki.

Gdy dotarliśmy do jeziorka Capra, tuż przed ostatnią przełęczą prowadzącą do Balea przekonaliśmy się ile prawdy jest w tym, że w górach pogoda zmienia się zaskakująco szybko. Przez większość dnia towarzyszyło nam słońce i niemal brak chmur, dopiero przed samym jeziorkiem znad przełęczy dosłownie wylała się fala obłoków zalewając mgłą dolinę i jezioro. Pozwoliło nam to uchwycić kilka ciekawych kadrów 🙂

Do Balea Lac dotarliśmy na dwie godziny przed zachodem słońca – udało się zrobić zakupy w jednej z budek w krupówkowej części trasy Transfagaraskiej – w tym kupić pyszne sery owcze w kilku odmianach. Zaopatrzeni w zapasy wróciliśmy na dziki kemping aby tym razem w pełni nacieszyć się zachodem słońca – po rozbiciu namiotów rozsiedliśmy się na dmuchanej kanapie pijąc gorącą herbatę, zimne piwo i zajadając owcze sery z lokalnym pieczywem.

Zachód słońca na kanapie. Można? Można!

Więcej Fogaraszy mi trzeba!

Bardzo żałuję, że z powodu błędu w planowaniu wypadu nie mogliśmy sobie pozwolić na dodatkowy dzień odcięcia od cywilizacji. Z drugiej strony dzięki temu wciąż pozostaje po co tam wrócić – tym razem przygotować się lepiej i finalnie wykończyć zaplanowaną trasę. Można marsz na tyle urozmaicić, że nie będzie wrażenia powtarzania podejścia – nawet w tej nielicznej siatce szlaków znajdzie się inna, nie mniej ciekawa droga.

Po zjechaniu z trasy Transfagaraskiej zostało nam jeszcze kilka dni na zwiedzenie innych części Rumunii – w tym okolic Parku Narodowego Bucegi, ale o tym już w innym wpisie 🙂

Sprawdź kolejne wpisy!
Czytaj dalej

Śnieżka » Śnieżnik pieszo, czyli jak wycisnąć najwięcej z pięknego jesiennego weekendu

W skali szaleństwa ten pomysł ma u mnie mocną 8-mkę. Dwa punkty odejmuję tylko za to, że nikt nie wrócił trwale uszkodzony i za to, że pogoda nam bardzo dopisała. Za to zwrotów akcji i kryzysów w trakcie marszu nie brakowało 🙂
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Trasa Transfogaraska Rowerem – czyli Rumunia dla aktywnych

Do momentu wyjazdu do Rumunii jako cele swoich wypraw i wyjazdów wybierałem raczej zachodnią część Europy. Po tym wyjeździe zrozumiałem jak wielki błąd popełniałem wybierając te popularne, teoretycznie “bezpieczne i pewne” kraje ponad Bałkany. Rejony, które wciąż nie zachłysnęły się turystyką i nie traktują każdego przyjezdnego jak worka z pieniędzmi, zajęte rozwojem cywilizacyjnym pozwalają wciąż w spokoju cieszyć się zwiedzaniem tego pięknego kraju i posmakować jego gościnności.
Czytaj dalej