Tatry w kwietniu – czym polskie góry mogą zaskoczyć o tej porze roku?

Od paru sezonów trwa moda na polowanie na Krokusy w Tatrzańskich dolinach. Ciężko się temu dziwić: kapryśna pogoda, tłumy ludzi i krótki żywot tych pięknych roślin powoduje, że trafić we właściwy moment jest niezwykle trudno.

Szczególnie planując noclegi w schroniskach trzeba termin zarezerwować z minimum jedno-dwu miesięcznym wyprzedzeniem – w przeciwnym wypadku nie ma szans na znalezienie wolnego miejsca w wybranym miejscu.

Krokusy – kiedy kwitną? #krokusowyraport

Nie ma prostej odpowiedzi na to pytanie – zwykle jest to okres pomiędzy początkiem kwietnia a połową maja. Wpływ na to ma głównie pogoda oraz ilość zalegającego w Tatrach śniegu. Samo kwitnienie trwa krótko (krokusy można podziwiać nie dłużej niż 2 weekendy), ale na szczęście zróżnicowanie dolin w Tatrach powoduje, że są miejsca gdzie piękne fioletowe łąki można wciąż podziwiać – nawet jeśli na najsłynniejszych dolinach po krokusach zostały tylko odgradzające barierki.

TPN musi mierzyć się z tysiącami osób, które chcą zrobić sobie zdjęcie na krokusowym dywanie. Na szczęście robi to ze smakiem!

Jeśli ktoś w Tatry ma blisko i może z miejsca zdecydować czy jechać czy nie to warto śledzić tag #krokusowyraport na Instagramie i FB – pod tymi tagami ludzie oraz okoliczne schroniska wrzucają zdjęcia z aktualną krokusową sytuacją.

Historyczne spojrzenie na temat

Szczęśliwi, którzy mogą zobaczyć w internecie pierwsze obiecujące zdjęcia pod tagiem #krokusowyraport i w ciągu paru kolejnych dni ruszyć na szlaki. Pozostałym, którzy muszą zaplanować noclegi (o które w tym terminie nie jest łatwo – szczególnie w schroniskach) pozostaje zdać się na statystykę. Przejrzenie archiwalnych wpisów w internecie pozwala mieć jakiś pogląd na to w jakim oknie czasowym nasze szanse na krokusowy sukces są największe.

ROKOkres sprzyjający krokusom
201910 kwietnia – 21 kwietnia
20183 kwietnia – 18 kwietnia
201725 marca – 20 kwietnia
201630 marca – 18 kwietnia
201515 marca – 3 maja

Wyraźnie widać, że pierwsze dwa tygodnie kwietnia wyglądają na sprzyjające. Na szczęście Tatry są różnorodne i nawet jeśli w najsłynniejszych miejscach krokusów jeszcze/już nie będzie to nie wykluczone, że uda się znaleźć fioletowe dywany w innej części gór.

Tatry w kwietniu – dla amatorów?

Tatry bez wątpienia mogą być górami dla każdego – jest sporo szlaków, które nie wymagają kondycji i są idealne dla rodzin z dziećmi czy początkujących wędrowców. Dolina Chochołowska – najsłynniejsze miejsce krokusowego szaleństwa jest do zdobycia niemal płaskim, szerokim szlakiem. Będąc jednak tak blisko zejść na bardziej malowniczo położone doliny ciężko nie oprzeć się pokusie aby porwać się na jakieś trudniejsze szlaki. Czego zatem można się spodziewać na trudniejszych szlakach w kwietniu?

Szukając odpowiedzi na takie pytanie nie obędzie się bez sprawdzania pogody, gdyż w kwietniu można zastać zarówno prawdziwie zimowe warunki jak i – przy odrobinie szczęścia – już całkiem wiosenne. W naszym przypadku wejście nawet na łagodny Trzydniowiański Wierch wymagało już założenia raków, bez nich byłoby to bardzo niebezpieczne.

Nasza grupa nie miała doświadczenia w chodzeniu po oblodzonych zboczach, a samo posiadanie raków to jeszcze nie wszystko – dlatego podchodząc na Czerwone Wierchy musieliśmy zawrócić mimo, że do celu (Ciemniaka) zostało nam mniej niż kilometr. Być może gdyby widoczność była znacząco lepsza moglibyśmy lepiej ocenić dalszy przebieg szlaku, jednak we mgle było to niemal niemożliwe i bardzo nierozsądnym byłoby kontynuowanie marszu. Decyzje o odwrocie są bardzo ciężkie, wszak przeszliśmy już bardzo dużo, byliśmy blisko i nie oszukujmy się – nikt nie lubi się poddawać. Dlatego ważne jest aby w takiej sytuacji możliwie schować dumę w kieszeń i realnie ocenić sytuację. W naszym przypadku jedna z osób miała tylko raczki, brakowało przetartego szlaku a pokrywa śnieżna była zlodowaciała i groziła albo zapadnięciem się w śnieg albo co gorsza poślizgiem na stromym zboczu. Decyzja była trudna, zwłaszcza, że nasza ekipa miała wielką wolę walki ale odpowiedzialność i rozsądek na szczęście wziął górę – po kilkuset metrach zeszliśmy z lodowego zbocza i bezpiecznie wróciliśmy na początek szlaku.

Pułapka planowania trasy

Gdzie tkwi haczyk? Otóż łatwo nie zdawać sobie sprawy z tego co wykresy wysokości oznaczają w praktyce. Wyznaczając trasę w popularnych serwisach takich jak mapa-turystyczna.pl czy nawet prosty Google Maps dostajemy wynik w kilometrach do przejścia, które mogą wydawać się bardzo rozsądnymi ilościami (w naszym przypadku było to 23km/26km/27km na dzień) ale jednak w górach to przewyższenia stanowią o trudności trasy. Dodatkowo podawane wartości to długość trasy w przypadku kiedy przejdziemy ją idealnie tak jak zaplanowaliśmy – zwykle jednak trzeba liczyć się z kilkuprocentowym przyrostem.

Drugą sprawą jest tempo przejścia. Nawet jeśli po płaskim robimy 1km w 10-15minut to w górach niczym dziwnym nie jest robienie 1km w ciągu ponad godziny albo i więcej. Śnieg dodatkowo może skomplikować sprawę: po pierwsze w śniegu idzie się zwykle znacznie trudniej (wysiłek fizyczny) jak też przez to, że szlak staje się niewidoczny i łatwiej o dodatkowe, nieplanowane kilometry.

Sprzęt i przygotowanie

Obserwując fora i grupy powiązane z turystyką górską można szybko wyłapać dwa skrajne obozy: pierwszy z nich to osoby zadające pytania w stylu “nigdy nie chodziłem po górach, czy przejdę Zawrat jesienią w 4h?”. Drugi obóz aktywizuje się właśnie na takie pytania z tezą, że bez drogich, górskich butów, asekuracji i 3 miesięcy przygotowań nie ma co się na tę przełęcz porywać. Prawda – oczywiście – leży gdzieś po środku a ja jestem zwolennikiem zdrowego rozsądku z dawką dużej ostrożności. Jasne, że da się wejść zimą na Rysy w przeciętnych adidasach, nawet paru osobom się to udało, ale to nie o tych osobach będzie słychać tylko o tej jednej na 10, której ta “sztuczka” się nie udała.

Dres, sportowe buty, kawałek folii i dwa (w tym jeden złamany) kijki – tak przygotowany chojrak z Nysy wspinał się na Rysy. Przemoczonego mężczyznę na szlaku znaleźli skialpiniści. Początkowo odmówił przyjęcia pomocy, a gdy ją w końcu dostał, miał do nich pretensje. – Uznał, że przez nas nie mógł wejść na wierzchołek – relacjonuje turysta Leszek. (http://www.tvn24.pl)

~ TVN24

Nasza grupa nie miała/miała niewielkie doświadczenie w chodzeniu zimą po górach. Termin zbliżał się coraz bardziej a śniegu nie ubywało. Rozsądnym było skonsultowanie się z bardziej doświadczonymi piechurami, którzy doradzili zakup/wynajem raków/raczków i była to bardzo cenna rada – bez niej musielibyśmy się wycofać znacznie szybciej. Wynajem w sklepie Skalnik okazał się całkiem bezproblemowy i mogę śmiało polecić to dla osób, które przed zakupem chcą w ogóle przekonać się czy taka forma wędrowania im przypadnie do gustu.

Przy pogodzie, którą napotkaliśmy w pierwszej połowie kwietnia równie nieocenione okazały się kijki trekkingowe. O ile nie jestem ich fanem w typowych wędrownych zastosowaniach to jednak podczas marszu po śniegu, często oblodzonych skałach możliwość podparcia się zdecydowanie poprawiała komfort, szczególnie w czasie schodzenia.

Plan 4 dniowego pobytu w Tatrach i noclegi

Polska część Tatr jest całkiem nieźle położona w stosunku do Zakopanego – do większości najważniejszych miejsc da się dojść i wrócić w ciągu jednego dnia więc można nocleg zaplanować sobie właśnie tam i tym samym ograniczyć liczbę bagażu na plecach. Dla mnie osobiście jednak dużo ciekawsze jest wędrowanie od punktu do punktu z dobytkiem na plecach. Tak też było w tym przypadku. Do Zakopanego dojechaliśmy wieczorem, mieliśmy zarezerwowany nocleg w Pokojach Gościnnych Nowa Grań, które szczerze mogę polecić – bardzo przyjaźni właściciele i bardzo ładny, nowy obiekt gdzie zebraliśmy siły przed wyprawą. Z samego rana zebraliśmy się i pojechaliśmy autem niedaleko schroniska Głodówka – ostatniego punktu naszej wyprawy. Niedaleko jest bezpłatny parking przy zakręcie gdzie zostawiliśmy auto. Trochę miałem obawy, czy to dobre miejsce ale na szczęście po 3 dniach wędrówki stało nieruszone w miejscu gdzie je zostawiliśmy 🙂

W odległości 150m od parkingu znajduje się przystanek autobusowy skąd o 9 zabrał nas autobus do centrum Zakopanego gdzie przesiedliśmy się w kolejny bus, który dowiózł nas do Kościeliska skąd rozpoczynaliśmy wędrówkę. Mimo złożonej operacji było wciąż na tyle wcześnie (a do tego był to czwartek), że szlak na Dolinę Chochołowską był prawie pusty.

Na nasze nieszczęście dwa dni przed naszym przyjazdem pogoda się zepsuła, zrobiło się zimno i spora część krokusów nie zakwitła. Niemniej jednak nadal uważam, że lepiej mało krokusów i praktycznie brak ludzi niż tysiące krokusów i dziesiątki tysięcy turystów 🙂

Początek był łatwy i przyjemny, ale nie po lekkie i przyjemne trasy przyjechaliśmy w Tatry 🙂 Zaraz za Doliną rozpoczęliśmy podejście na Trzydniowiański Wierch. Bardzo szybko schodząc z popularnego szlaku okazało się, że te mniej popularne nie są wydeptane a w praktyce często w ogóle niewidoczne w świeżym śniegu. Mimo posiadania dokładnej nawigacji parokrotnie zbłądziliśmy trochę ze szlaku wspinając się po ośnieżonym zboczu. Powyżej 1200m dopadła nas mleczna mgła dokładnie odcinając od widoczności. Na szczycie nie było praktycznie nic widać co było szczególnie dotkliwe gdy okazało się, że po drodze zgubiłem swoją kamerę sportową i musiałem po nią wrócić kilkadziesiąt metrów w dół. Bez punktów orientacyjnych ciężko mi było ocenić gdzie mogłem ją zgubić, na szczęście inżynieryjne podejście kazało mi po prostu zejść niemal w linii prostej w dół a następnie zakręcić i szukać naszych śladów w śniegu. Na moje szczęście idąc po śladach udało mi się znaleźć zgubę leżącą na białym puchu i po chwili wrócić do zmarzniętej od czekania ekipy.

Końcowe podejście pod Trzydniowiański Wierch

Droga ze szczytu w dół była już znacząco łatwiejsza, przede wszystkim była od zawietrznej więc na zboczu było znacznie mniej śniegu i dużo łatwiej było orientować się w terenie. Pod wieczór dotarliśmy do Schroniska na Hali Ornak – moim zdaniem jednego z najbardziej urokliwych schronisk w Tatrach. Nie jest duże ani świetnie wyposażone, ale ma ten klimat z którymi schroniska od dawna mi się kojarzyły.

Drugi dzień rozpoczęliśmy od wyjścia w kierunku do Zakopanego, gdyż w tamtym okresie zielony szlak był zamknięty ze względu na ochronę przyrody. Dalej planowaliśmy iść szlakiem czerwonym przez Czerwone Wierchy i zejść na Halę Kondratową by dojść finalnie do miejsca noclegu. Jak już wspomniałem wcześniej musieliśmy zweryfikować nasze plany i tuż przed czerwonymi szczytami zawrócić i przejść szlakiem czarnym. Finalnie przeszliśmy jakieś 25km ale za to trafiliśmy po drodze na kilka malowniczych dolin z krokusami. Finalnie pod wieczór wylądowaliśmy z powrotem w Zakopanym gdzie mieliśmy nocleg w całkiem sympatycznym Hostel & Apartaments “U Florka”. Niestety nie skorzystaliśmy z widoków gdyż zarówno wieczorem jak i następnego rano nim słońce wzeszło już opuszczaliśmy ten obiekt wyruszając na szlak.

Trzeci dzień miał być tym lżejszym, ale zmęczeni po dwóch dniach wędrówki zdecydowanie zwolniliśmy tempa marszu. Od razu po wejściu do Parku napotkaliśmy kilka pięknych, ośnieżonych polan gdzie spod białego poszycia wyłaniały się lekko przemarznięte fioletowe kwiatki. Dobrym pomysłem było wybranie się nad Czarny Staw Gąsienicowy, który w tej aurze robił moim zdaniem lepsze wrażenie niż w piękne, pogodne dni.

Na skraju Czarnego Stawu Gąsienicowego

Pobliskie “schronisko” Murowaniec jest owiane złą sławą, po części słusznie (bo to już raczej hotel górski niż schronisko) ale z drugiej strony mimo tłumu i lekko zbyt głośnej muzyki moim zdaniem ciężko się do czegoś przyczepić. Owszem, ceny są wyższe ale za to wybór posiłków również jest powyżej “schroniskowego” standardu. Ot taki urok popularnych miejsc – myślę, że każdy będąc na miejscu obecnych dzierżawców Murowańca poszedłby w tę stronę. Na plus trzeba oddać fakt, że czuć, że wydane w Murowańcu pieniądze wracają w postaci regularnych remontów i ogólnego dobrego stanu tego schroniska.

Ostatnie podejście przed Polaną Głodówką

Mój błąd przy wyznaczaniu trasy spowodował, że nie uwzględniłem ostatniego odcinka wiodącego asfaltem w ogólnym planie marszu – te “niby tylko” 7km okazało się bardzo zgubne. Do asfaltu zeszliśmy zdecydowanie za późno, o 20:00 chcieliśmy być na koncercie który tego dnia odbywał się w schronisku a co gorsza kończyły nam się zapasy a przed koncertem ciężko było o uzupełnienie ich w schronisku. Rozdzieliliśmy się na dwie połowy, jedna szła swoim tempem powoli zmierzając do celu, druga poszła znacznie szybciej aby zabrać auto, zamówić posiłki i przyjechać po resztę 🙂 Dużo nie udało się oszczędzić, może jakieś 3km, ale finalnie i tak wyszło nam jakieś 36km marszu więc całkiem znacznie jak na ostatni dzień wędrówki.

Na szczęście wieczorny koncert wynagrodził większość trudów, bardzo udany, w klimacie, o górach – czegóż więcej chcieć! Bardzo polecam wydarzenia z serii “W górach jest wszystko to co kocham” – zespół ma mega energię, bardzo im się wciąż chce dbać o to by koncerty były pełne ciepła, zabawy muzyką i kontaktu z publicznością.

Dom o Zielonych Progach w koncercie “W górach jest wszystko to, co kocham”. Pan po prawej (skrzypek) był niesamowity!

Kiedy najlepiej wybrać się w Tatry aby uniknąć tłumów?

Robi się to coraz trudniejsze, ale wciąż nie jest niemożliwe. Grunt to pominąć albo wyłącznie szybko przejść najpopularniejsze, łatwo dostępne miejsca a samymi górami i trekkingiem rozkoszować się na trochę mniej popularnych szlakach i szczytach. To, że coś jest popularne nie znaczy, że jest tylko i wyłącznie najlepsze 🙂

Latem, szczególnie w okresie wakacji TPN notuje rokrocznie rekordy turystów odwiedzających tamtejsze szlaki. Ciężko się temu dziwić – góry są piękne, nastała na nie nowa moda a bogacące się społeczeństwo ma coraz częściej możliwość wypoczywać w ten sposób. Zaczynamy oczekiwać czegoś więcej niż kolorowych drinków w Szarm el-Szejk a polskie Tatry zapewniają piękne widoki, są odpowiednio wymagające przy jednoczesnej niezłej dostępności.

Kluczem do sukcesu bez wątpienia poza wybraniem możliwie nie-weekendowego i nie-wakacyjnego terminu jest to, aby odpuścić trochę to co najpopularniejsze a kosztem większego wysiłku wciąż znaleźć w Tatrach kawałek tego, czego ja osobiście przynajmniej szukam najbardziej – ciszy, samotności i potęgi natury.

Sprawdź kolejne wpisy!
Czytaj dalej

Śnieżka » Śnieżnik pieszo, czyli jak wycisnąć najwięcej z pięknego jesiennego weekendu

W skali szaleństwa ten pomysł ma u mnie mocną 8-mkę. Dwa punkty odejmuję tylko za to, że nikt nie wrócił trwale uszkodzony i za to, że pogoda nam bardzo dopisała. Za to zwrotów akcji i kryzysów w trakcie marszu nie brakowało 🙂
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Trasa Transfogaraska Rowerem – czyli Rumunia dla aktywnych

Do momentu wyjazdu do Rumunii jako cele swoich wypraw i wyjazdów wybierałem raczej zachodnią część Europy. Po tym wyjeździe zrozumiałem jak wielki błąd popełniałem wybierając te popularne, teoretycznie “bezpieczne i pewne” kraje ponad Bałkany. Rejony, które wciąż nie zachłysnęły się turystyką i nie traktują każdego przyjezdnego jak worka z pieniędzmi, zajęte rozwojem cywilizacyjnym pozwalają wciąż w spokoju cieszyć się zwiedzaniem tego pięknego kraju i posmakować jego gościnności.
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Raj pieszych wędrówek – trekking po Rumuńskich Fogaraszach

To, że wrócę do Rumunii było pewne. Pewne jest też to, że wrócę i kolejny raz, bo wciąż przemaszerowałem tylko mały wycinek tego pięknego rejonu. Jeśli jesteście gotowi poświęcić nieco wygody w zamian otrzymacie moim zdaniem jedne z najlepszych gór na średniozaawansowany trekking.
Czytaj dalej