Triglavski Park Narodowy – piękno górskiej części Słowenii

Muszę przyznać, że na Triglavski Park Narodowy trafiłem zupełnie przypadkiem latając sobie bez większego celu po Google Maps. Niewiele myśląc sprzedałem pomysł mojemu koledze od wypraw rowerowych: “A może tym razem Triglav?”. Tyle wystarczyło, by pomysł zakiełkował.

Finalnie okazało się, że jest to rejon, który oferuje znacznie więcej niż tylko trasy rowerowe a dodatkowo do ekipy chętnych na pozwiedzanie tej krainy dołączyła kolejna osoba stąd też ostatecznie rowery zabraliśmy, ale większość czasu spędziliśmy na klasycznym trekkingu. Tydzień to zdecydowanie za mało aby nawet zacząć myśleć o gruntownym poznaniu wszystkich atrakcji tego parku, niemniej ograniczony czas tylko nakręcił nas na intensywne zwiedzanie.

Dojazd

Podróż z Wrocławia zaplanowaliśmy dość klasycznie – podobnie jak robiłem już wielokrotnie jadąc samochodem do Rumunii czy Chorwacji. Wieczorem wyjazd, jazda nocą kiedy ruch na autostradach jest niewielki a reszta ekipy może znaczą część nużącej trasy po prostu przespać. Trasa była dość oczywista – najpierw A4 do Katowic, dalej kierunek Ostrawa, Brno, Wiedeń, Graz i finalnie wjechaliśmy do Słowenii.

Jadąc w te rejony warto zacząć podróż nieco na zachodzie i w innym kraju – na południu Włoch w odległości dosłownie 2-3km w linii prostej od granic Parku znajdują się jeziorka Lago di Fusine. Są to dwa niezwykle malownicze jeziorka położone na skraju Włoch, Słowenii i Austrii. Nieformalnie słyną też z tego, że przy drugim z nich sporo ludzi rozbija się namiotami/kamperami na dość dużym parkingu. My dojechaliśmy koło 3 w nocy na miejsce i nie mieliśmy sił na rozbicie obozu więc pozostało nam nic innego jak przespać się bezpośrednio w aucie 🙂 Był to strzał w dziesiątkę, bo noc była nadspodziewanie zimna a auto okazało się wyjątkowo szczelne – także mimo mniej wygodnej pozycji ogólnie wyszło nam to na plus.

Lago di Fusine – Inferiore

Zimny poranek nie zachęcał do wyjścia z samochodu, szczególnie po całonocnej podróży, ale widok jaki napotkaliśmy szybko sprawił, że odzyskaliśmy energię. Jeziorka są położone pomiędzy dwoma pasmami Alp Julijskich – po jednej stronie początki Triglavskiego Parku, z drugiej najdalej wysunięte pasmo górskie często zaliczane do Dolomitów, choć tutaj każdy przewodnik mówi coś innego 🙂

Wokół jeziora biegnie bardzo malownicza ścieżka, prowadzi tuż przy brzegu jeziora i posiada parę miejsc przystosowanych do wypoczynku. Dużym zaskoczeniem, szczególnie po niedawnym powrocie z Rumunii była ogólnodostępna, bardzo ładnie utrzymana toaleta w pobliżu – widać, że Włosi świadomie wolą zainwestować w taki obiekt niż toczyć bój o zachowanie czystości z niesfornymi osobami biwakującymi na dziko.

Poranek był lodowaty, woda była lodowata – ale kto by się przejmował 🙂
Fot. Iza Kalinowska

Plany z doskoku

To nie była najlepiej przygotowana wycieczka w mojej karierze, mówiąc szczerze to z braku czasu praktycznie w ogóle nie zdążyłem się do niej przygotować. Wobec tego plany musieliśmy demokratycznie ustalać na bieżąco uwzględniając fakt, że jak na ilość możliwości mamy bardzo niewiele czasu. Już na początku po rozgrzewce wokół jeziora debatowaliśmy czy już pierwszego dnia rozpocząć wspinaczkę w kierunku Triglava czyli głównego punktu naszego wyjazdu czy jednak dać sobie jeden dzień na dojście do siebie po podróży a z samego rana dnia kolejnego rozpocząć marsz pod górę. Druga opcja wygrała – na szczęście 🙂

Jezioro Bled – najbardziej przereklamowana atrakcja w okolicy

Mając jeden dzień “spokojnego” zwiedzania postanowiliśmy zahaczyć o jezioro Bled – chyba najczęściej pojawiające się na zdjęciach z tego rejonu miejsce. Prawda jest taka, że owszem – okolica jest ładna, ale samo jeziorko i słynna wysepka z kościołem na środku z brzegu nie robią wrażenia. Jeśli ktoś dysponuje dronem to bez trudu zrobi zdjęcia, które wyglądają już znacznie lepiej, ale trzeba uważać bo amatorów latania jest w okolicy bardzo dużo i poziom zakłóceń jest niebywale wysoki. Obawiam się, że ze względów bezpieczeństwa wkrótce latanie nad tym miejscem zostanie mocno ograniczone. Amatorom podniebnej fotografii przypominam przy okazji, że na Słowenii wymagane jest OC na drona, nawet jeśli wykorzystujemy go tylko i wyłącznie w celach rekreacyjnych 🙂

Kościół na wyspie – można do niego dotrzeć korzystając z oferty lokalnych przewoźników

Same okolice jeziora są bardzo przyjemne, pełne knajp i kawiarni. Wzdłuż brzegu biegnie nieco zatłoczona trasa pieszo-biegowo-rowerowa i jest sporo miejsc gdzie można się zatrzymać i odpocząć. Oficjalnie co kawałek są znaki z zakazem kąpieli, ale niespecjalnie ludzie się nimi przejmowali. Jeśli ktoś lubi taki kawiarniany, nieco portowy klimat to poczuje się w tamtej okolicy bardzo dobrze. Do kościółka na środku jeziora można się dostać nawet za darmo – przed mszami organizowane są łodzie dowożące ludzi na nabożeństwa, jeśli interesuje nas tylko zwiedzanie i sama frajda z płynięcia łódką to za kilka euro można skorzystać z usług jednego z wielu przewoźników w tym rejonie. Samo miasteczko jest niewielkie, nawet po sezonie bardzo zatłoczone. Jako ciekawostkę mogę podać, że jeśli planujecie tankować w tamtej okolicy to zdecydowanie warto zjechać w północną część miasta, gdyż w tej turystycznej ceny są zdecydowanie dużo wyższe.

Ogólnie wrażenie z Bled mam takie, że jest za idealnie – ot klasyczna turystyczna atrakcja. Turkusowa woda, słodka wysepka, góry w tle, bary, kawiarnie… słowem fajnie było zobaczyć, możemy jechać już dalej? 🙂

Jezioro Bohnj – dzika alternatywa

Niespełna 30km od zatłoczonego Bled docieramy nad prawdziwy raj dla osób takich jak ja. W pięknej, zielonej dolinie w tafli wody odbijają się zazielenione szczyty. Jezioro jest zdecydowanie bardziej dzikie, nie ma natłoku knajp i tłumu turystów. Rozkładamy mini biwak, gotujemy jedzenie i zachwycamy się widokami oraz przeźroczystą wodą. Bardzo szybko padła decyzja, że to właśnie tutaj szukamy noclegu. Przylegająca do jeziora miejscowość Stara Fužina wydaje się idealną bazą wypadową do zwiedzania Parku.

Fot. Iza Kalinowska

Szybkie rozeznanie po okolicznych noclegach i już po chwili przeciskamy się ciasnymi uliczkami autem z platformą na rowery lądując koło uroczego domku. Na miejscu okazuje się, że dostępność w internecie to nie wszystko – nasze “wybrane” miejsce zostało dosłownie kilkanaście minut temu zajęte… przez inną grupkę z Polski 🙂 Na szczęście właściciel domku wykonuje parę telefonów i po chwili poleca nam udać się do oddalonej o 5km miejscowości Kamnje gdzie przenocuje nas bardzo serdeczna i lekko nadpobudliwa starsza pani. Mieszając angielski z niemieckim i wstawkami ze słowiańskiego udało nam się nawet z panią dogadać na zostawienie auta i rowerów na czas naszego dwudniowego podejścia na Triglav.

Szlak do Domu Planika pod Triglavem

Chcąc zwiedzać aktywnie trzeba się pogodzić z wczesnym wstawaniem. Mnie to osobiście wcale nie boli, jako że z natury jestem rannym ptakiem, ale reszta ekipy wymagała lekkiego pogonienia do zwleczenia się z łóżka. Na szczęście w rozsądnym czasie udało się zjeść śniadanie, przygotować plecaki i wyprowadzić się z wynajętego pokoju – na kolejną noc był zarezerwowany dla innych turystów. Pochowaliśmy nasze rzeczy w samochodzie i ruszyliśmy ku czekającej nas przygodzie.

Początek szlaku to aż zbyt wygodna asfaltowa droga, praktycznie do pierwszego niewielkiego schroniska dochodzi się asfaltem. Robi się przyjemnie ciepło, idealny moment na kawę i kawałek szarlotki z jagodami. Planinska Koča na Vojah to tutejszy punkt wypadowy w liczne poboczne szlaki pieszo-rowerowo-biegowe więc nie dziwne, że nawet tak wcześnie jest tu sporo ludzi tak jak my korzystających z promieni słońca i dobrej kawy.

Nasza droga wiedzie doliną, póki co wysokość wzrasta niezwykle powoli, ale przed nami zaczyna wyłaniać się ściana gór, którą trzeba będzie przejść. Z łagodnego spaceru dosłownie w parę minut trasa zamienia się w rasową górską wspinaczkę. Na początku szeroka droga ale później bardzo szybko wchodzimy w żleb doliny gdzie robi się zimno, wilgotno i ciemno. Choć las jest piękny to jednak w porównaniu do Rumunii brakuje mi trochę przestrzeni – na szczęście po wejściu powyżej 1600m n.p.m. naszym oczom ukazuje się piękna panorama gór z dominującym Triglavem niemal na wprost. Kawałek pod nim widać ledwo mikroskopijny budyneczek, który wydaje się być niesamowicie wysoko. “To tam chcemy nocować?” “-To tam.” odpowiadam, ale sam zastanawiam się, czy tego dnia damy radę wspiąć się tak wysoko.

Po wyjściu z doliny chwilowe wypłaszczenie daje nam moment oddechu, tempo wzrasta, słońce przyjemnie grzeje więc w dobrych humorach docieramy do kolejnego schroniska. Dłuższa przerwa na jedzenie na tarasie z widokiem na góry, schronisko jest wyposażone w specjalną chłodziarkę do napojów zasilaną górskim strumieniem. Wydawać by się mogło, że w takich górach strumienie będą oczywistością a jak się później okazało to było ostatnie miejsce gdzie można było w ten sposób zdobyć wodę – wszystkie pozostałe wysokogórskie schroniska korzystały wyłącznie z deszczówki (której nie można pić) oraz wody dostarczanej helikopterami.

Słoweńskie schroniska mają niezwykle powtarzalne menu, miałem wrażenie, że wszędzie jest to samo. Może to wynikać z tego, że zaopatrywane są w ten sam sposób 🙂

Tylko w czasie kiedy jesteśmy w pobliżu schroniska trzykrotnie obserwujemy podlatujący na niewielkie lądowisko helikopter. Zaskakujące dla mnie jest to jak szybko 300 kilogramowe paczki są odczepiane a helikopter odlatuje nawet nie lądując – z wyjątkiem jednego podejścia gdy na pokład zabiera turystę, który coś zrobił sobie w nogę na szlaku. Koło schroniska leżą na wpół wypakowane ładunki, część z drewnem, część z zapasami dla kuchni/sklepiku. Nie ma czasu, trzeba ruszać w drogę, do celu jeszcze daleko a dnia coraz mniej.

Coraz bliżej celu a góry wcale nie wydają się ani trochę niższe 🙂
Fot. Iza Kalinowska

Tuż za schroniskiem pojawiają się pierwsze miejsca ze sztucznymi ułatwieniami. Na razie bardzo proste, nie wymagają zupełnie użycia sprzętu asekuracyjnego, który mamy w plecakach, ale dają już nam lekki przedsmak tego co czeka nas kolejnego dnia. Dobra pogoda, dobre humory powodują, że finalnie nasze tempo pod koniec jest znacząco lepsze i do schroniska docieramy koło 18:00 mając za sobą 22km i 2000m(!) przewyższeń.

Na miejscu spełniają się jednak nasze obawy – nie ma miejsc w schronisku! Jesteśmy przygotowani na opcję spania “na glebie” albo rozważenie podejścia do drugiego schroniska po drugiej stronie góry. Polecono nam poczekać godzinę, bo jedna z grup z rezerwacją nie potwierdziła swojego przybycia więc po 19 jest szansa, że te miejsca się zwolnią. Szybko robi się zimno, więc opcja zapasowa z przejściem do kolejnego schroniska (w którym też nie ma gwarancji miejsca) robi się mało atrakcyjna. Szczęście jednak nam sprzyja – są wolne 3 łóżka w olbrzymim, wieloosobowym pokoju. Dostajemy swoje koce, wypijając po kosztownym ale pysznym piwie rozkoszujemy się zachodem słońca w górach i próbujemy zregenerować się przed finalnym podejściem. Jak to w wysokogórskich schroniskach – warunki sanitarne są słabe, toaleta jedynie na zewnątrz i to bardzo prowizoryczna, jeden kran z lodowatą wodą-deszczówką pozwala się jedynie w podstawowy sposób ogarnąć przed snem.

Zdobycie Triglavu przez Maly Triglav

Noc nie jest łatwa, do schroniska przybywa jeszcze sporo turystów w nocy przez co ciągle ktoś się przewija po sali, znajduje swoje miejsce, rozpakowuje rzeczy – słowem jest dość głośno i gwarno. Po północy zrywa się wichura, jeszcze w życiu nie słyszałem takiego świstu powodowanego przez wiatr rozbijający się o każdą szczelinę dachu i ścian schroniska. Ciężko jest spać, z jednej strony człowiek jest pobudzony faktem, że za parę godzin mamy ruszać, z drugiej wie, że czeka nas duży wysiłek więc próbuje zasnąć mimo szalejącej wichury. Na przymykaniu oczu na kilkanaście minut mija jakoś czas aż w końcu zegarek zaczyna wibrować dając znak, że czas wstać i zacząć się zbierać.

Wyjście na zimną i wietrzną pogodę nie jest łatwe. Rozpoczynamy podejście, które w normalnych warunkach uznałbym za bardzo proste, ale w tym momencie wiatr szaleje tak mocno, że sam mam problemy z utrzymaniem się na nogach. Jakiś inny turysta pociesza nas, że zwykle przestaje wiać po południu – marne pocieszenie zważywszy na fakt, że popołudniu planujemy już dawno schodzić w dół 🙂

Kawałek za podejściem zaczynają się ferraty i miejsca ubezpieczone. Wszystko idzie gładko dopóki nie trzeba się z kimś minąć na wąskim szlaku a jednocześnie nie dać zdmuchnąć przez wiatr. Jest parę miejsc z ekspozycją, ale generalnie idzie się całkiem przyjemnie. Koło 9-tej docieramy na Maly Triglav – od celu naszej wycieczki dzieli nas jeszcze słynna 300-stu metrowa grań. Bez wiatru nie zrobiła by na mnie aż takiego wrażenia, ale w tej porywistej aurze kurczowo trzymam się asekuracji bo co silniejszy podmuch wiatr próbuje zepchnąć mnie w stronę kilkudziesięciometrowych przepaści po obu stronach grani. Na szlaku parokrotnie musimy się zatrzymać, zaasekurować i minąć z osobami idącymi w przeciwną stronę. Dopiero końcowe podejście wymaga trochę więcej siły i odwagi, ale bliskość celu powoduje, że pokonujemy je całkiem sprawnie i przed 10 rano jesteśmy na dachu Słowenii 2864m n.p.m..

Na górze sporo osób, wszyscy przynajmniej z podstawową asekuracją. Fotki, uśmiechy i zadowolenie na twarzach wędrowców, którzy osiągnęli ten szczyt. Chwila regeneracji i po konsultacji zaczynamy schodzić z drugiej strony góry. Wracamy szlakiem uznanym za najłatwiejszy do wejścia, przez co o tej porze jest już na nim sporo osób – częste mijanki powodują, że początek trasy idzie nam bardzo powoli. Zaskakująca jest natomiast zmiana krajobrazu – od strony naszego podejścia krajobraz był zielony, ciepły a tutaj szybko schodzimy w kierunku księżycowej pustyni obfitej w skalne rozłamy, jaskinie i formacje skalne.

Końcówka zejścia funduje nam chwilę prawdziwych emocji – fragment szlaku przebiega po pionowej ścianie ubezpieczonej tylko stalową liną i lichymi prętami na nogi. Na szczęście to tylko kilkudziesięciometrowy odcinek, ale i tak wymaga trochę odwagi aby go przejść.

Zejście z samego zbocza góry to była dopiero mała część całości trasy a już po zejściu, kiedy adrenalina opadła poczuliśmy pierwsze oznaki zmęczenia. Na szczęście humory poprawiły nam widoki, które zastaliśmy po drugiej stronie góry – zupełnie inny klimat.

Muszę przyznać, że nie jestem fanem takich księżycowych krajobrazów i zdecydowanie wolę zielone stoki rumuńskich Fogaraszy, ale nie być pod wrażeniem rozległych wyłomów skalnych. Szczególnie, że Alpy Julijskie słyną z bardzo twardych skał przez co oberwane fragmenty długo górują w ostrej, kanciatej formie nad stertami skał. Mimo, że jest płasko to jednak bardzo kamieniście i tempo marszu nie jest jakieś dobre.

Fot. Iza Kalinowska

Po drodze mijamy kolejne schronisko schowane w żlebie doliny, Koča na Doliču. Posiłek jemy z własnych zapasów, chwila relaksu i analiza trasy jaką możemy iść dalej. W okolicy znajduje się dolina Triglavskie Jezerka – brzmi intrygująco, więc postanawiamy nadłożyć kawałek aby wracać właśnie tą drogą. Być może to kwestia zmęczenia i faktu, że atrakcji tego dnia mieliśmy już naprawdę sporo ale ta dolina nie robi na nas już takiego wrażenia. Jeziorka są ładne, ale w większości prawie wyschnięte a nam kurczy się okno czasowe więc nawet nie mamy czasu się nimi dostatecznie pozachwycać.

Droga zaczyna się dłużyć, schodzimy poniżej 1800m i skały zaczynają ustępować miejsca zieleni, krzakom i lasom. Docieramy do schroniska Koča pri Triglavskih Jezeriah, Izę zaczyna dopadać solidne zmęczenie a ja nie mam serca jej powiedzieć, że to dopiero połowa zaplanowanej na dziś trasy – jak się okaże nawet niecała połowa…

W schronisku wyznaczamy dalej trasę, nawigacja proponuje zejście bezpośrednio do doliny, 15km. Szukamy opisu trasy w przewodniku “Łatwa z umiarkowanymi trudnościami” – brzmi zachęcająco, nie chcemy już wydłużać marszu aby wszyscy byli w stanie dotrzeć do celu. Po kilku km na środku szlaku widzimy kamień z wysprejowanym napisem “CLOSED”. Kawałek dalej dwa kolejne jaskrawe iksy i napisy. Do wspomnianego zejścia mamy niecałe 2 km, zaczyna się ściemniać więc postanawiamy podejść zobaczyć z jakiego powodu szlak jest zamknięty, może się jakoś nim przedostaniemy. Początkowo pełni optymizmu docieramy do urwiska, na ścianie znajdują się punkty asekuracyjne, ale ewidentnie są dopiero co zainstalowane. Szybki rekonesans pokazuje, że asekuracja jest w przebudowie i brakuje jej na dużym odcinku. Brak sił i zapadający zmrok nie pozwala nam na ryzykowanie zejścia w tak trudnym punkcie, podejmujemy decyzję o odwrocie. W tym miejscu mieliśmy kilka km do naszego celu, alternatywna trasa pokazuje, że zostanie nam wciąż 16km marszu…

Droga znów zaczyna się piąć pod górę, momentalnie zrobiło się ciemno i znacznie chłodniej. Mnie martwi (tradycyjnie już) kończący się zapas wody, wiem, że Paweł bez problemu sobie z tym jakoś poradzi, ale nie wszyscy są tak odporni. Trzymam rezerwowe resztki wody i staram się ich nie zużywać za wszelką cenę. Tempo nam spada, ale dzielnie maszerujemy do przodu po ciemnym, gęstym lesie ledwo zauważalnym szlakiem.

Idąc przez Park w okolicy polany Viševnik mijamy jakieś zabudowania, ewidentnie pasterskie chaty. Oświetlając je światłem latarek zauważamy, że w jednej z nich zapala się światło a po chwili otwierają się drzwi i z szerokim uśmiechem pozdrawia nas starszy pan samych w majtkach – zaskoczony nieco naszą obecnością pół angielskim pół słowackim dopytuje się o nasze plany. Utwierdza nas w przekonaniu, że droga którą wybraliśmy jest długa, ale przetarta. Oferuje nam nawet nocleg w lekko spartańskich warunkach. Z Pawłem chcieliśmy mimo wszystko iść dalej, ale musimy brać pod uwagę, że nie wszyscy mają tyle siły co my. Iza się waha, ale finalnie decyduje się iść. Jestem z niej dumny, widzę ile wysiłku kosztuje ją kontynuowanie marszu w środku nocy po górzystym parku. Na nasze szczęście pan pasterz ma zapas pitnej wody – jeden problem nam odpada. Przezornie napełniam wszystkie baniaki, pakuję do plecaka i możemy maszerować dalej.

Od polany czeka nas tylko jedno małe podejście, kawałek gęstego zejścia aż trafiamy do płaskiej, wygodnej drogi którą idziemy w dół. Nie ryzykujemy skrótów, tempo nam wzrasta, morale trochę się podnosi gdy zauważamy pierwsze oznaki zbliżającej się cywilizacji. Wychodzimy z lasu, podziwiamy piękne niebo, pozostaje nam już tylko doczłapać się ostatnie km do Starej Fuziny i dalej do Kamnje. Podtrzymujemy się wzajemnie na duchu żartując i odliczając głośno każde pół km, które pokonamy.

Do Starej Fuziny docieramy około 2 w nocy.
Zdjęcie: Paweł Grecki

Gdy docieraliśmy do Kamnje koło 3 w nocy, w głowie liczyłem tylko na to, że dogadałem się z goszczącą nas Słowenką tak jak myślałem – czyli klucz do pokoju będzie na nas czekał pod wycieraczką. Teraz po takim marszu nie byłem już taki przekonany, że wspomniana gospodyni dobrze mnie zrozumiała. W przeciwnym razie czekała by nas kolejna noc spędzona na spaniu w aucie 🙂

Na szczęście moje dogadywanie i Słoweńska gościnność nas nie zawiodła, poza kluczem pod wycieraczką i zachęcająco pościelonymi łóżkami czekały na nas schłodzone piwka i drobny poczęstunek – idealny po tak udanej przygodzie. Wspomniana gospodyni dopiero zaczyna swoją przygodę z wynajem, więc nie mamy do niej kontaktu, ale jeśli tylko uruchomi już swoją rezerwację na pewno podlinkujemy tutaj jej obiekt z rekomendacją!

Dzień 1: Kamnje » Dom Planika pod Triglavom

Całkowity dystans: 21912 m
Najwyższy punkt: 2371 m
Wyskokość podjazdów: 2018 m

Dzień 2: Dom Planika » Triglav » Triglavskie Jezerka » Kamnje

Całkowity dystans: 36333 m
Najwyższy punkt: 2811 m
Wyskokość podjazdów: 1151 m
Sprawdź kolejne wpisy!
Czytaj dalej

Śnieżka » Śnieżnik pieszo, czyli jak wycisnąć najwięcej z pięknego jesiennego weekendu

W skali szaleństwa ten pomysł ma u mnie mocną 8-mkę. Dwa punkty odejmuję tylko za to, że nikt nie wrócił trwale uszkodzony i za to, że pogoda nam bardzo dopisała. Za to zwrotów akcji i kryzysów w trakcie marszu nie brakowało 🙂
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Trasa Transfogaraska Rowerem – czyli Rumunia dla aktywnych

Do momentu wyjazdu do Rumunii jako cele swoich wypraw i wyjazdów wybierałem raczej zachodnią część Europy. Po tym wyjeździe zrozumiałem jak wielki błąd popełniałem wybierając te popularne, teoretycznie “bezpieczne i pewne” kraje ponad Bałkany. Rejony, które wciąż nie zachłysnęły się turystyką i nie traktują każdego przyjezdnego jak worka z pieniędzmi, zajęte rozwojem cywilizacyjnym pozwalają wciąż w spokoju cieszyć się zwiedzaniem tego pięknego kraju i posmakować jego gościnności.
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Raj pieszych wędrówek – trekking po Rumuńskich Fogaraszach

To, że wrócę do Rumunii było pewne. Pewne jest też to, że wrócę i kolejny raz, bo wciąż przemaszerowałem tylko mały wycinek tego pięknego rejonu. Jeśli jesteście gotowi poświęcić nieco wygody w zamian otrzymacie moim zdaniem jedne z najlepszych gór na średniozaawansowany trekking.
Czytaj dalej