Smołdziński las – oddech w chwili samotności

Znasz to uczucie całkowitej wolności? Kiedy jedyne co Cię ogranicza to Twoje ciało? Kiedy nie wiesz gdzie będziesz jutro? Ba! Gdzie będziesz za godzinę? Jest to wolność, bardzo trudna do osiągnięcia, lecz nie niemożliwa. Z całego serca pragnę poznać choć namiastkę jej smaku.

To pragnienie pchnęło mnie w moją pierwszą samotną podróż. I tak oto dziewczyna wychowana na plaży pojechała na wakacje… na plażę.

Może niektórzy uznają „phi, czym się tu zachwycać, zwykła wycieczka nad polskie morze”. Dla mnie ważniejsza od podróży mojego ciała, jest podróż mojej duszy. Zapraszam Cię na opowieść o mojej magicznej przygodzie.

Zaczęło się oczywiście od planu. Jestem raczej osobą, która lubi mieć wszystko przygotowane i poukładane. Na bogów Olimpu! Jak bardzo myliłam się, że ta podróż będzie taka sama jak inne! Jedyne co udało mi się ustalić przed wyjazdem to miejsce, w którym mam spędzić pierwszą noc. Wybrałam jeden z kampingów w Smołdzińskim Lesie przy Słowińskim Parku Narodowym, bo miał sporo pozytywnych opinii i… w wyszukiwarce wyskoczył mi jako pierwszy. 

Więc spakowałam plecak, założyłam buty i poszłam. Złapałam jeden pociąg, potem drugi. W Słupsku okazało się, że na autobus dojeżdżający w okolice Smołdzińskiego Lasu (czyt. około 10 km) muszę czekać 4 godziny. Nie ukrywam, że nie bardzo mi się to uśmiechało – było późno, a ja byłam głodna i zmęczona. Szybka kalkulacja i zapadła decyzja. Idę łapać stopa, a jak nie wyjdzie to wrócę na autobus. Panie ze spożywczaka (serdecznie pozdrawiam!) dały mi karton, marker zabrałam na wszelki wypadek z domu i już miałam gotową tabliczkę z napisem „Smołdziński Las”. Długo czekać nie musiałam. Doszłam zaledwie do wylotu z Słupska i zabrała mnie jedna z przejeżdżających rodzin. Jak się okazało Pan Tata również podróżuje autostopem po całej Polsce i niezmiernie się ucieszył, gdy mnie zobaczył. „Myślałem, że młodzi już tak nie podróżują, a szkoda, można wiele ciekawych ludzi spotkać” powiedział gdy ruszyliśmy. Potem zabrały mnie jeszcze dwa inne auta i oto byłam. Mój cel, moja utopia – SMOŁDZIŃSKI LAS. No to jeszcze 3 km z buta z 20-kilogramowym tobołkiem na plecach i jestem w domu. Dotarłam objadając się po drodze jeżynami z dzikich krzaków rosnących wzdłuż lasu. Namiot rozbiłam. Odetchnęłam otaczającą mnie ciszą. „Ognisko rozpalamy!” usłyszałam. Radość wielka. Siadłam więc przy ognisku, a zaraz zaczęli schodzić się ludzie. Większość przyszła, zjadła i poszła, ale ja i jeszcze parę innych osób siedzieliśmy cały czas aż wywiązała się między nami rozmowa. Po mojej prawej żona, mąż i ich przyjaciel, no i stadko ich niesfornych dzieciaczków. Po lewej trójka przyjaciół z Krakowa, którzy w wolnych chwilach jeżdżą po Polsce motocyklami lub żeglują. Tym razem postanowili, że objadą całą Polskę na około. Pytają jak dostałam się na kamping, odpowiadam „trochę pociągiem, trochę autostopem, trochę na nogach.” Przypominam sobie, że gdzieś po drodze mnie mijali. Nagle jeden z chłopaków wypalił: „To byłaś ty!  Z tym wielkim plecakiem!”, on też sobie przypomniał. Po czym zwrócił się do reszty „Wiecie, jechaliśmy na tych motorach już parę godzin, zacząłem się wiercić, dupa już boli od siedzenia. I nagle widzę ją (tu wskazuje na mnie), z plecakiem prawie takiej wielkości jak ona cała. I co? I ona się uśmiecha od ucha do ucha! Aż mi się głupio zrobiło, że w myślach zacząłem marudzić. Nawet chciałem cię zabrać, ale wiesz, za dużo rzeczy… no i żona…” I wszyscy wpadają w śmiech, a ja siedzę i cholernie mi miło, że ludzie tak mnie widzą. 

Już następnego dnia wybrałam się na wycieczkę po Parku Narodowym. Przez najbliższe dni chodziłam każdą możliwą ścieżką nie myśląc o niczym albo o wszystkim. Nie zastanawiałam się gdzie niosą mnie nogi, nie martwiłam się czy się zgubię. I to było piękne. Długość moich tras liczyłam nie w kilometrach, a w ilości odcisków i pęcherzy na stopach. Dni mijały, a ja chodziłam i odkrywałam, nie tylko otoczenie ale i siebie. Z jednej nocy na kampingu zrobił się tydzień. Ludzie przychodzili i odchodzili, a ja słuchałam ich historii.

DSC_2225.jpg

Jednego wieczoru przy ognisku dołączyły do mnie dwie dziewczyny – na oko w moim wieku, jak się za chwilę okazało – bliźniaczki. Jeżdżą sobie po Polsce i po świecie w takie siostrzane podróże. Teraz szły plażą z Ustki do Łeby. Ostatnio widziałam na facebooku ich zdjęcia z Jerozolimy, Islandii. Życzę Wam wielu ciekawych przygód dziewczyny! 

Tego samego wieczoru pojawiła się para młodych ludzi. Trochę w klimacie hipisów, trochę Woodstocku, pozytywnie zakręceni. Zrobili nam niesamowity pokaz tańca Poi. Ten rodzaj tańca wywodzi się z Nowej Zelandii i używa się w nim piłek poi zawieszonych na łańcuchach, którymi tańczący kręci w powietrzu. Tradycyjnie były zrobione z roślin lub malowane we wzory. Obecnie to kule z niepalnego materiału, które nasącza się łatwopalną substancją i podpala. Efekt – złote kręgi otaczające zwinnego niczym kot tancerza. 

DSC_2472-2
Taniec Poi

Przy ognisku poznałam również Magdę i jej 6-letnią córkę. Obie są boskie. Chciałabym kiedyś tak wychować dziecko jak Magda swoją małą. Dziewczyny jeżdżą rowerami, nie tylko po Polsce. Zjeździły też Norwegię i Islandię. Tym razem zaczęły w Świnoujściu i zahaczając o moją rodzinną miejscowość przejechały wybrzeżem Bałtyku aż do miejsca, którym się spotkałyśmy. Ich podróż dobiegała końca i za parę dni miały wrócić już pociągiem do domu. Magda dała mi pare podróżniczych wskazówek. Jak wyspać się w namiocie na twardym i nierównym podłożu? Pozycja boczna bezpieczna! To jest odpowiedź! Opowiedziała mi też wiele historii ze swoich podróży po Norwegii i Islandii. Bardzo podziwiam ją za odwagę i tą wewnętrzną siłę, której często nam brakuje. Jednej nocy przesiedziałyśmy do 4 przy ognisku, by następnie zgasić wszystkie światła na kampingu i wspólnie robić zdjęcia gwiazd. A wierzcie mi, nigdy i nigdzie nie widziałam nieba tak gęsto usianego gwiazdami, z tak głęboką czernią i tak wielowymiarową Drogą Mleczną…

Jednego dnia wpadłam na, jak mi się wtedy wydawało, wspaniały pomysł, że przejdę się do Kluk. Przecież to tylko 7 km w jedną stronę, co to dla mnie. Nie myślałam wtedy o  butach coraz boleśniej zaznaczających ślady na moich stopach… No, ale jak już jest się w połowie drogi to głupio zawrócić nie? Tak więc doszłam do Kluk na boso, z butami przewieszonymi przez pasek. Pani w Muzeum Wsi Słowiańskiej lekko zdziwiona, ale nie miała obiekcji. Muzeum pięknie odwzorowane, nie zaprzeczę, ale zabrakło mi w nim duszy. Przeszłam się przez wieś, nagle znak „Jezioro Łebsko 1,5 km”. „Szlag – myślę – tak daleko już zaszłam, aż żal nie pójść jeszcze kawałek. W powrotną drogę złapię stopa.” No i poszłam. I tak, jezioro super duże – niezbyt zachwycona spotkanym na pomoście niemałym tłumkiem zawinęłam się po paru chwilach uważnej obserwacji nieruchomego lustra. Utopiona głęboko w swych myślach, nie usłyszałam jak podszedł. Gdy jego niepewny głos w końcu wyrwał mnie z zadumy, powtórzył „Cześć. Wybacz, że tak zagaduję, ale co taka młoda dziewczyna robi sama w takim miejscu?” Spojrzałam na niego niepewnie. „Myślę” – odpowiedziałam. Facet z rowerem uśmiechnął się. I tak rozpoczęła się nasza dwugodzinna rozmowa, a moje plany dotyczące powrotu autostopem szlag trafił. 

Na te parę godzin dwójka obcych ludzi stała się swoimi najlepszymi przyjaciółmi, powiernikami i doradcami. Opowiadaliśmy sobie o tym co robimy na codzień, co nas trapi, a co raduje, co nas lęka, a co wprawia w zachwyt. Rozmowa toczyła się gładko, przyjemnie, jakbyśmy już kiedyś się znali i teraz, po paru latach się odnaleźli. Czasami spotykam takich ludzi, którzy są jak straceni dawno przyjaciele. W pewnym momencie powiedziałam „Wiesz, myślałam, że jak przyjadę tu sama, będę bardzo samotna, a tu proszę, na pustej drodze, w środku lasu znalazłeś mnie ty.” Wtedy to uderzyło we mnie jak piorun, jakże często to „wśród ludzi” najbardziej czujemy się samotni. Wkrótce rozmowa zatoczyła się wokół natury i dźwięków, które nam oferuje. Rośliny, zwierzęta, pogoda, zachwyt, magia i dzikość towarzyszyły nam przez kolejne kilometry, aż do rozwidlenia dróg, na którym pożegnaliśmy się słowami „do zobaczenia”. I kto wie? Może jeszcze kiedyś nasze ścieżki się skrzyżują. Mimo, że poznałam tylko imię faceta z rowerem, będę go pamiętać do końca życia, ponieważ sprawił że nawet będąc samej nie czułam się samotna. 

DSC_2453.jpg
Martwy las, Słowiński NP

W podróż na Wydmy Słowińskie wyruszyłam pełna obaw i lęków, z minimalną pewnością siebie, przekonana, że bez drugiego człowieka u boku z niczym sobie nie poradzę. Ostatniego dnia mojego pobytu na miejscu w lesie znalazłam piórko sójki. Sójka to symbol trwania w strefie komfortu. Marzy o niesamowitych przygodach, jednak w rzeczywistości tkwi ciągle w gnieździe, które uwiła ze swoich strachów i sentymentów. Ta podróż była dla mnie wyjściem ze strefy komfortu i pokonaniem strachów w mojej głowie. A dowodem na to, oprócz lepszego samopoczucia, było owo znalezione piórko.

DSC_2498.jpg

W dzień powrotu spakowałam rzeczy, pożegnałam się z ciszą, z jeżynami, które karmiły mnie codziennie, z pustymi plażami, z wydmami, z których oglądałam ociekające złotem zachody Słońca oraz z ludźmi, którzy zapisali swoje historie w moim sercu. Nie liczyłam nawet na autobus, odrazu wyszłam na główną ulicę, z już lekko poturbowanym kartonem, tym razem podpisanym „Kołobrzeg”.

Do Słupska dotarłam bez większych problemów. Dopiero próbując przedostać się dalej napotkałam pewne nierówności pod stopami. Gdy po przejściu paru kilometrów w upale zobaczyłam w oddali przystanek, pomyślałam, że czas odpuścić i wrócić autobusem. Słońce w pełni, ani jednej chmurki, 30 stopni, ani drzewka żeby się schować, a najbliższy autobus za 3 godziny. Gdy ja czytałam rozpiskę, na przystanek zajechała mała ciężarówka. Kierowca, młody chłopak, wyskoczył poprawić plandekę. Lekko zrezygnowana minęłam go i ruszyłam dalej szosą. Zatrzymał mnie jego głos „Hej! Dokąd jedziesz?” -„Do Kołobrzegu” -„Ja do Szczecina. Podrzucić cię gdzieś?” Ponowna szybka kalkulacja czy to dobry pomysł, ale facet wydaje się miły a ja rzadko mylę się co do ludzi. „Oh, byłoby super” – odpowiadam już pełna nadziei. Kolejne godziny spędzone na rozmowie. Kolejny poznany człowiek, który podróżuje po świecie. Ten głównie zawodowo. Do tej pory wysyła mi zdjęcia ze swoich wypraw – ostatnie to relacja „Jesień w Oslo”. 

Zostawił mnie na stacji – dobra, myślę, już tylko 25 km do domu. Jeszcze jeden złapany autostop i już jestem w Kołobrzegu. Szybka przejażdżka miejskim w stronę domu i lekko zdziwione spojrzenia ludzi w autobusie. I nareszcie dotarłam. Dom! 

Ta podróż, mimo, że nie na koniec świata zostanie na zawsze w mojej pamięci. Mimo siniaków, obitych kości, nieprzespanych nocy, odcisków, blizn i pęcherzy była to wspaniała przygoda. Przekroczenie własnych barier, pokonanie lęków to lekcje, które zapamiętam do końca życia. A przynajmniej mam taką nadzieję. 

DSC_2303.jpg
DSC_2492.jpg
Sprawdź kolejne wpisy!
Czytaj dalej

Śnieżka » Śnieżnik pieszo, czyli jak wycisnąć najwięcej z pięknego jesiennego weekendu

W skali szaleństwa ten pomysł ma u mnie mocną 8-mkę. Dwa punkty odejmuję tylko za to, że nikt nie wrócił trwale uszkodzony i za to, że pogoda nam bardzo dopisała. Za to zwrotów akcji i kryzysów w trakcie marszu nie brakowało 🙂
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Trasa Transfogaraska Rowerem – czyli Rumunia dla aktywnych

Do momentu wyjazdu do Rumunii jako cele swoich wypraw i wyjazdów wybierałem raczej zachodnią część Europy. Po tym wyjeździe zrozumiałem jak wielki błąd popełniałem wybierając te popularne, teoretycznie “bezpieczne i pewne” kraje ponad Bałkany. Rejony, które wciąż nie zachłysnęły się turystyką i nie traktują każdego przyjezdnego jak worka z pieniędzmi, zajęte rozwojem cywilizacyjnym pozwalają wciąż w spokoju cieszyć się zwiedzaniem tego pięknego kraju i posmakować jego gościnności.
Czytaj dalej