Zakup raków i czekana to nie wszystko – Zimowy Kurs Turystyki Wysokogórskiej

Zapisując się na ten kurs miałem w głowie widok siebie z czekanem zdobywającego niedostępne rejony Tatr o zachodzie słońca. Zamiast tego uświadomiono mi ile razy miałbym szansę zginąć próbując zbyt pochopnie zrealizować tę wizję.

Trudna sztuka cierpliwości

Dowiedziałem się ostatnio, że ogólna statystyka “powodzenia” poważnych wypraw w wysokie góry wynosi około 30%. Wyobrażacie to sobie? Koszty wyprawy liczone w dziesiątkach, czasem setkach tysięcy złotych, dobranie przelotów, cała logistyka sprzętowa, aklimatyzacja i grono wyszkolonych ludzi to wciąż za mało, żeby podnieść tę statystykę. Natura wygrywa z najlepszymi i ma za nic przerośnięte ego. Ci, którzy tego nie rozumieją niestety później często zdobią nagłówki wpisów w kronikach ratownictw górskich.

Pisałem już kiedyś na blogu o mojej zeszłorocznej wyprawie w Tatry, którą z jednej strony bardzo dobrze wspominam a z drugiej wciąż mam w głowie ciężkie warunki i swój brak doświadczenia. Musiałem wtedy podjąć trudną dla mnie decyzję o odwrocie grupy pod Ciemniakiem. Kolejne nadepnięcie na odcisk poczułem w Albanii na przełęczy Qafa e Valbonës, gdzie miejscami kompletnie nie radziłem sobie w śniegu i tylko olbrzymi zapas czasu sprawił, że nie utknąłem tam na mroźną noc. Nie lubię uczucia, że czegoś nie mogę, nie umiem, coś mnie ogranicza. Na szczęście na moim wielkim balonie ambicji ostał się jeszcze mały regulator ciśnienia z napisem “ROZSĄDEK”. Dzięki niemu mogę odpuścić w danym momencie, jeśli obiecam sam sobie, że do tego miejsca wrócę lepiej przygotowany. Teraz powoli zaczynam być gotowy by na tę granicę moich możliwości wrócić.

Oczekiwania vs. rzeczywistość

Przeczesałem sporo internetu szukając kursu dla siebie. Na wielu stronach widziałem oferty zilustrowane zdjęciami ludzi na szczytach, z linami na plecach i czekanami w rękach, w tle piękne Tatry o zachodzie słońca. Działało to na moją wyobraźnię, sam już kadrowałem w głowie swoją fotkę ze zdobytego szczytu/grani. Rzeczywistość w tej kwestii miała się jednak dla mnie okazać dużym rozczarowaniem.

Pod koniec października 2019 miałem już pewność, że zimą zrobię kurs turystyki wysokogórskiej. Najlepiej od razu oba stopnie, bo jak inaczej, ja nie dam rady? Początkowo słusznie trzymałem się kursów oferowanych przez instruktorów PZA, ale nie ukrywam, że mocno kusiły mnie inne oferty okraszone wspomnianymi zdjęciami i planem zajęć często mocno wykraczającym poza standardowy program kursów opartych o zalecenia Związku. Skoro ktoś twierdzi, że może wpakować tyle wiedzy w tym samym czasie to co tu może być nie tak?

Na etapie poszukiwań konkretnego kursu do ekipy zgłosiła się Klaudia, moja koleżanka z pracy. Zaproponowała, że może skontaktować się z instruktorem, z którym robiła już kurs pierwszego stopnia kilka lat temu. Teraz chciała zajęcia powtórzyć i rozszerzyć o poziom drugi. Na szczęście rekomendacja jest dla mnie cenniejsza od reklamy więc zgodziłem się bez oporów. W połowie stycznia wszystko było już dograne: data, prowadzący i noclegi – mieliśmy trochę zawirowań z ekipą ale finalnie wyszło nam to na dobre.

Dalej było już nieco gorzej. Sama prognoza pogody na przełom stycznia/lutego zapowiadała, że z moich wizji nici. Po długim okresie słonecznego lodowiska w wyższych partiach gór przyszedł czas na posępne ciemne chmury wiszące od szczytów aż po doliny. Beznadzieję potęgowały ogromne roztopy przez co w okolicy naszego noclegu (Kościelisko) można było uświadczyć więcej błota niż śniegu. Cóż, nie na wszystko możemy mieć wpływ, ale nasz instruktor zapewniał, że praktycznie nie ma pogody przy której kurs nie mógłby się odbyć. Nie byłem wtedy świadomy ile w tym racji 🙂

Umówiliśmy się na połączenie poziomu podstawowego i rozszerzonego w 5 dni zostawiając sobie później w planie dodatkowe dwa dni na powtórkę i wędrowanie po górach. Spora część naszej ekipy miała już jakieś doświadczenia powiązane z tematem kursu – czy to zrobiony wcześniej kurs skałkowy, wspomnienia z harcerstwa czy trochę doświadczeń z chodzeniem po górach zimą. Okazało się to niezwykle przydatne, bo skoncentrowanie programu kursu spowodowało, że wieczorami mieliśmy sporo pracy własnej. Na szczęście kolektywnie byliśmy w stanie poradzić sobie i pomóc nawzajem z każdym problemem – od wiązania węzłów po przećwiczenie wszystkich etapów asekuracji.

Naszego instruktora – Jacka Czecha – znałem wcześniej tylko z kilku metryczek umieszczonych tu i ówdzie w internecie. Opisy robiły wrażenie, lista osiągnięć imponująca. Była jednak we mnie obawa czy nie będzie to człowiek, który mając tyle doświadczenia na koncie nie patrzy na ludzi z góry. Trafiłem gdzieś w sieci na filmik z fragmentem kursu gdzie instruktor być może o równie dużym doświadczeniu górskim strofuje kursantów ich niewiedzą. Mnie takie zachowanie w praktyce bardziej zniechęca niż przekazuje wiedzę.

Na moje szczęście Jacek okazał się człowiekiem, który w pozytywny sposób budzi respekt. Być może przez to, że dosłownie tydzień wcześniej skończyłem książkę “TOPR. Żeby inni mogli przeżyć” – wpatrywałem się w błękitne krzyże na jego odzieży przypominając sobie jakie wymagania stawia się ludziom, aby mogli ten emblemat nosić. Bardzo cenię sobie kiedy uczy mnie ktoś o tak ogromnym doświadczeniu i na pytanie “dlaczego tak?” zamiast “bo tak” ma zwykle historię z pierwszej lub drugiej ręki o przypadkach kiedy dane działanie przyniosło opłakany skutek. Jacek to zdecydowanie instruktor wymagający i często obnażał nasze błędy ale robił to w taki sposób by człowiek sam się zastanowił dlaczego do nich doprowadził zamiast tylko irytować się zwracaniem uwagi. Pozwalał nam uczyć się w bezpieczny sposób na błędach – zapamiętam te lekcje na pewno na dłużej niż gdyby od razu poprawił mój błąd nie pozwalając mi poznać jego potencjalnych konsekwencji.

Dzień 1 – nie tylko miej, ale i znaj swój ekwipunek

Pierwszy dzień poświęciliśmy na kompletowanie swojego ekwipunku: taśm, karabinków, uprzęży, czekana. Gdy przyszło do pakowania okazało się, że to nie taki trywialny temat. Nawet tutaj można znacznie ograniczyć ryzyko wypadków na przykład unikając popularnego wkładania wody/termosu do bocznych, zewnętrznych kieszeni.

Ćwiczenia terenowe odbywaliśmy w niewielkiej dolince strumienia. Mokry śnieg był brutalnym testem wodoodporności naszej odzieży – na moje szczęście poza rękawicami wszystko wytrzymało tę próbę. Szybko przekonałem się, że moje narwanie nie będzie moim sprzymierzeńcem – chcąc sprawnie uporać się z zadaniem założyłem uprząż bez odpowiedniego jej zabezpieczenia co zostało od razu wyłapane przez instruktora.

Nauka hamowania czekanem mnie nieco rozczarowała – w głównej mierze była to wina miejsca, ale dla mnie było to zdecydowanie za bardzo statyczne. Owszem, byłem w stanie poznać poprawny ruch jaki należy wykonać, ale nie było szansy nabrać rozpędu i zobaczyć jak fizyka wpływa na poszczególne sposoby hamowania. Myślę, że to jedna z najważniejszych a często pomijanych umiejętności – na wyhamowanie mamy tylko kilka pierwszych sekund, później prędkość może okazać się już za duża. To będzie bez wątpienia pierwsza rzecz, którą poćwiczę samodzielnie będąc w górach.

Na wieczór dostaliśmy jako zadanie powtórzenie/nauczenie się kilkunastu węzłów oraz sposobu klarowania liny – niby trywialne, ale jednak następnego dnia w stresie wciąż zdarzało mi się pomylić sposoby wiązania 🙂

Dzień 2: Asekuracja lotna i budowanie stanowisk

Moje doświadczenie z liną ograniczało się do tej pory do harcerstwa i podstaw ferratowania na przygotowanych szlakach – niewiele. Prawie wszystko co nauczyłem się tego dnia było dla mnie na swój sposób nowe – sposoby podczepiania się do liny, zasady używania karabinków (zamkiem do góry!), korzystania z liny do asekuracji. Bardzo cenną lekcją było nie dostrzeganie tak “drobnych” szczegółów jak napięcie liny. O ile idzie się po lekkim terenie to wydaje się to niegroźne, ale szybko okazało się, że tego luzu nazbieraliśmy dobre 6m – nikt nie chciałby lecieć takiego dystansu w niekontrolowany sposób.

Dzień zakończyliśmy prostym zjazdem na podwójnej linie z niewielkiej wysokości – fajna atrakcja na koniec i oczywiście zbiór praktycznych porad jak zrobić to w dobrej kolejności i możliwie bez błędów.

Dzień 3: Poręczowanie, zjazd i podejścia na linie

Dla mnie zdecydowanie najfajniejsza część kursu. Początek dotyczący poręczowania wygląda na bardzo praktyczny – wchodzimy w ryzykowny teren, budujemy stanowisko, jedna osoba mając asekurację może przejść trudny odcinek i zbudować stanowisko po drugiej stronie. Reszta grupy przechodzi już asekurowana, dopiero ostatnia osoba zwija (lub zostawia) linę na powrót. Przy okazji tradycyjnie powtórka z tego jak poprawnie zbudować stanowisko asekuracyjne i jak się do niego wpinać.

W drugiej części zajmowaliśmy się zjazdem na linie pojedynczej i czymś, co jest tylko w rozszerzonych edycjach kursu – podejściem na linie. Coś, co wygląda z boku na bardzo wymagające fizycznie okazuje się relatywnie proste – o ile robi się to poprawnie. Bardzo cenna umiejętność, zwłaszcza, że technika, którą poznaliśmy nie wymaga opierania się o ściany. Działa dobrze nawet jeśli gdzieś zawiśniemy i nie mamy żadnego punktu zaczepienia poza samą liną.

Dzień 4: Podstawy ratownictwa lawinowego, marsz na skróconej linie

Poranek rozpoczęliśmy od wykładu nt. topografii i tego jak rozsądnie dobierać trasy w okresie lawinowym. Dla mnie wykład obejmował kilka ciekawych nowości jak choćby fakt, że o ile idziemy już zaśnieżonym żlebem to powinniśmy iść jego środkiem zamiast starać się trzymać odsłoniętych, skalistych krawędzi. Zajęcia z kompasem i wyznaczaniem azymutów nie były dla mnie nowością – jednak Tropiciel co jakiś czas regularnie funduje mi powtórkę z tego jak nawigować bez GPS-a. Wyruszyliśmy na nawigowaną azymutem wycieczkę po drodze symulując działania na lawinisku – obsługę sond, detektora oraz ogólną pracę zespołową.

Przy zmarzniętych palcach pozornie proste czynności mogą okazać się trudne

Dzień 5: Podstawy autoratownictwa, wychodzenie ze szczelin lodowych

Szkoleniowy klasyk: teoria wygląda na prostą, wydaje się wszystko logiczne i proste. W praktyce gdy masz to zrobić – będąc już solidnie zmarzniętym – przemokniętymi rękawicami to nagle zwykłe rozwiązanie węzła może okazać się trudne. A czas leci, ten kolega, który teraz się śmieje udając osobę w szczelinie może w rzeczywistości szybko potrzebować pomocy. Tak dokładnie było tego dnia. Oglądałem już filmy szkoleniowe z autoratownictwa, przerobiliśmy temat “na sucho” w pomieszczeniu a następnie wyszliśmy na śnieg. Pada komenda: “Start!”. Czujesz szarpnięcie, kolega właśnie stara się symulować upadek do szczeliny w lodowcu. Hamowanie czekanem, właściwa pozycja i zamierasz. Bez względu na to w jakiej pozycji wylądujesz musisz w niej pozostać – Twój towarzysz wisi na drugim końcu liny. Pozostała część załogi zabiera się do pracy a czas upływa, śnieg przyklejony do ciała nie ułatwia utrzymania temperatury. Fajne zajęcia, mocno obrazujące trudne warunki.

Powtarzaliśmy procedurę pięciokrotnie tak aby każdy był na każdej “pozycji” w grupie. To i tak pozwalało przećwiczyć tylko bardzo podstawowy scenariusz. Mimo próby na sucho a później kilku razy “w terenie” przy ostatnim podejściu popełniliśmy błędy, w tym nawet takie poważne, zagrażające powodzeniu całej akcji. To tylko pokazuje, że pewne czynności trzeba wręcz zautomatyzować – w zamieci śnieżnej, zimnie, zmęczeniu nie będzie czasu i miejsca na analizowanie czy wszystkie kroki zostały wykonane poprawnie – gdy chodzi o ratowanie one muszą być wykonane poprawnie.

Taka radość kiedy zostaję “uratowany” ze szczeliny lodowej

Początkowo w planach mieliśmy zamiar zostać dłużej i poćwiczyć umiejętności w prostym terenie to jednak lawinowa trójka i ogólnie paskudna pogoda przegoniły nas z Kościeliska od razu po zakończeniu kursu. Wyjdzie nam to na dobre, przećwiczymy wszystko parę razy i mam nadzieję wrócimy tu jeszcze w tym roku przy sprzyjającej pogodzie.

Nie było szczytów, nie było zachodu słońca

Brzmi jak powód do rozczarowania, ale finalnie uważam to za plus. Mam teraz wrażenie, że są dwa rodzaje tego typu kursów: te które nastawiają się na wiedzę i praktykę w bezpiecznych rejonach i takie które mieszają usługę kursu z usługą przewodnicką. W przypadku tych drugich przypuszczam, że znacznie więcej rzeczy jest robione za uczestników, ale za to teoretycznie mają możliwość sprawdzić się w trudniejszym terenie. Tylko czy w ciągu tych paru dni, uwzględniając przemarsz na szczyty i psychiczne bariery związane z większą wysokością da się przyswoić taką porcji wiedzy? Ciężko mi to obiektywnie ocenić.

Faktem jest jednak to, że nie potrzebujemy Tatr by poćwiczyć to co było na kursie – równie dobrze możemy to zrobić w niemal dowolnym parku. Dopiero kiedy przejdziemy od myślenia o każdej pojedynczej czynności do automatycznego wykonywania pewnych rzeczy można mówić o sensownym treningu w prawdziwym terenie.

Nie poszedłem na kurs totalnie zielony, wcześniej widziałem wielokrotnie filmiki z zasad autoratownictwa, asekuracji itp. Wszystko wygląda prosto dopóki robi to ktoś doświadczony a nie my 🙂 W moim przypadku było tak samo: z uwagą kiwałem głową mówiąc, że rozumiem, by za chwilę zapomnieć co należy do czego przypiąć.

Czy warto wybrać się na kurs turystyki zimowej?

Warto. Nawet jeśli tylko sporadycznie chodzisz zimą po górach moim zdaniem warto. Jeżeli nie planujemy wykorzystania liny to tę część kursu można potraktować jako “przygodę”. Pozostałe części będą przydatne nawet w amatorskiej turystyce zimowej.

Zima to chyba jedyny okres, kiedy można wybrać się w Tatry i mieć szansę ominąć tłumy. Wiele osób chce to wykorzystać, ale często bez świadomości tego, że to co proste latem może być wręcz niebezpieczne zimą. Oczywiście, jeśli nasze zimowe przejście ma się ograniczać do trasy do Morskiego Oka i z powrotem to ten kurs będzie zbędny. W każdym innym przypadku sama PODSTAWOWA wiedza dotycząca tego jak zachować się w terenie lawinowym może okazać się cenna.

Ten kurs to same podstawy, nawet jeśli jego druga część dumnie nosiła nazwę “zaawansowany”. To wciąż tylko “zaawansowane” chodzenie po przygotowanych szlakach, z tą różnicą, że teraz z głową i umiejętnościami pozwalającymi znacznie ograniczyć ryzyko. Aby zrealizować wizję siebie z czekanem na górze będę musiał jeszcze pójść na kurs skałkowy (pójdę!) i wtedy w kolejnym roku można zacząć myśleć o przygotowaniu na kurs taterniczy. Dopiero to finalnie zdejmuje ograniczenia jakie można napotkać w górach.

Przekonującą odpowiedzią na pytanie czy warto zainteresować się takim kursem jest to co powiedział nam Jacek w trakcie zajęć z podstaw ratownictwa lawinowego: Do tej pory w Tatrach w lawinie nie odnaleziono jeszcze nikogo z detektorem. Paradoksalnie nie dlatego, że niewiele osób w ogóle z nich korzysta, ale dlatego, że jeśli ktoś już go posiada, to ma też chociaż podstawowe pojęcie w jaki teren nie należy się zimą pchać na siłę.

Pamiętajmy, że nikt z tych, co mieli wypadek w górach nie chciał go mieć – wszyscy idziemy tam dla przyjemności. Żeby radość była pełna trzeba też w całości z tych gór wrócić 🙂

Sprawdź kolejne wpisy!
Czytaj dalej

Raj pieszych wędrówek – trekking po Rumuńskich Fogaraszach

To, że wrócę do Rumunii było pewne. Pewne jest też to, że wrócę i kolejny raz, bo wciąż przemaszerowałem tylko mały wycinek tego pięknego rejonu. Jeśli jesteście gotowi poświęcić nieco wygody w zamian otrzymacie moim zdaniem jedne z najlepszych gór na średniozaawansowany trekking.
Czytaj dalej
Czytaj dalej

Lista rzeczy do zabrania na parodniową wyprawę rowerową

Jestem człowiekiem zorganizowanym. Aż za bardzo zorganizowanym. Do tego lubię być przygotowany na wszystko co bezpośrednio kłóci się z tym, że na taką wyprawę generalnie najlepiej wziąć jak najmniej, gdyż każdy zbędny kilogram będzie o sobie przypominał na intensywniejszych podjazdach.
Czytaj dalej